| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ciekawe blogi
Dobra prognoza
Fotograficznie
Geograficznie
Mapy i plany
Rowerowo
Z innej strony
Zabytkowo
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
piątek, 10 marca 2017
Przedwiośnie w Łódzkiem

  Polskie "śródziemie" to obszar dawnych województw sieradzkiego i łęczyckiego. Areał ziem na pograniczu Wielkopolski, nie będących Wielkopolską, ale tym bardziej nie będących Mazowszem czy Małopolską. Takie spoiwo międzydzielnicowe. Dziś spora część zwie się województwem łódzkim. To właśnie tu wybrałem się na pierwszy rajd rowerowy w tym roku. 

 W zasadzie gęstość zaludnienia - jak na obszary nizinne w centrum kraju - jest tu niewielka (np. powiat piotrkowski - 64 os/km²). Zagęszczenie atrakcji turystycznych prezentuje się jeszcze mizerniej. W wielu tutejszych wioskach nigdy nie byłem i z tego względu postanowiłem tu wreszcie przybyć. Moja trasa wiodła z Częstochowy aż pod Łódź, niemal cały czas na północ, wiatr bowiem ma swoje prawa :)

poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Rowerowe lato 2016

   Najpierw był ponowny przejazd dookoła Polski. Fatalna zawyczaj pogoda, na tyle fatalna, że wycofanie się 86 kolarzy na karpackim etapie TdP odwiodło mnie od pomysłu powrotu z całym bagażem przez nasze najważniejsze góry. Kilka dni poźniej odbiłem sobie to rajdem na Podhale. Jak widać celem było uzupełnienie trasy z 2014 roku. Obie pętle ładnie się uzupełniają. Tym razem nie unikałem dużych miast. Przejechałem wzdłuż takie miasta jak Szczecin, Gdańsk czy Elbląg. Obrałem za cel inne punkty skrajne (w 2014 były to trzy cyple decydyjące o rozciągłości geograficznej Polski tj. Zosin, Rozewie i Osinów): Bogatynię, Nowe Warpno, Krynicę Morską, Puńsk i Białowieżę.

   Na dokładkę dorzuciłem jeszcze 3 dni po przyjeździe Zakopane... Naciągane to trochę, ale warunki atmosferyczne miałem niemal cały czas fatalne, więc ulewnej końcówki nie zamierzałem wzmacniać cierpieniem w Karpatach. Bo niestety szans na jakikolwiek inny scenariusz nie było. W Przeworsku się poddałem, dzięki czemu miałem okazję zwiedzić po raz pierwszy centrum Rzeszowa i zaliczyć to miasto na rowerze...

  Jechałem na odwrót niż w 2014 r., tj. z zachodu na wschód, no i w ciągłym niemal zachmurzeniu (w 2014 niemal cały czas upał i słońce). Razem 2960 km + 248 km rajdu podhalańskiego. Byłem też 5 dni stacjonarnie na Podlasiu (baza w Dubiczach Cerkiewnych), ale z racji niesakwiarskiego charakteru nie wliczam tego pobytu do sumy kilometrów. Miałem jednak dzięki temu czas na smakowanie Podlasia: szlaku otwartych okiennic, Puszczy Białowieskej, białoruskich prawosławnych cerkiewek itp. klimatów. Niby już na tym Podlasiu byłem dwa razy (samochodowo i rowerowo), ale dopiero teraz mam poczucie pełnego poznania. 

  Ponieważ lubię monografie, drugim odgrzewanym kotletem był rajd przez Alpy, tym razem tylko przez Alpy Wschodnie. Doskwierało mi, że rok temu musiałem potraktować je skrótowo uciekając przed wielkim niżem. Tym razem nie było klasycznego niżu, był za to górski ekstremizm pogodowy. Temperatury od 0 do 43 stopni, od palącego słońca i gwałtownych ulew, przez całodzienne sznury wody lecące z nieba, po śnieg, który dwukrotnie pokrzyżował mi plany.  Całą pierwszą część trasy miałem wywróconą do góry nogami, warunki pogodowe uniemożliwiły mi realizację wszystkich - jeden po drugim - ambitnych planów. Alpy pokazały swoje drugie oblicze. Rok temu generalne miałem spokojną i stabilną pogodę, bo nawet niż jaki dał mi popalić w końcówce był stabilną formą pogody. Tym razem walczyłem wyłącznie z frontami burzowymi, których gwałtowność dwukrotnie objawiła się śniegiem na graniach i arktycznymi temperaturami w dolinach, huraganowym wiatrem na przełęczach i przejmującą wilgotnością powietrza. Nieszczęścia nie dotyczyły tylko pogody, dość powiedzieć że 30 lipca byłem już na pokładzie samolotu, ale w Alpy dotarłem ostatecznie z 4-dniowym opóźnieniem, w dodatku autobusem...  

 Moją podstawową releksją jest ulga, że mam to za sobą. Dopiero potem przebija się satysfakcja, że dwa takie rajdy udało mi się zrealizować na przestrzeni niespełna dwóch miesięcy. To w końcu ponad 4.5 tysiąca kilometrów o własnych siłach, cały czas z pokaźnym bagażem na tylnym kole. Efektem jest także pobicie - jeszcze w sierpniu! - rekordu ilości kilometrów w roku. Na dzień dzisiejszy jest to 13257.55 km a zakładam naiwnie, że sporo kilometrów jeszcze przede mną, no i że limit nieszczęść na ten rok wyczerpałem definitywnie.

 W każdym razie główny cel brzmi tak samo: "16 000 km w 2016 roku". Oczywiście wyłącznie o rowerowe kilometry chodzi :)

czwartek, 02 czerwca 2016
Rajd wielkopolski, dzień 3

Dzionek zacząłem od zwiedzania Szamotuł. Zbierałem się rano nieśpiesznie, źle mi się spało w nocy. Nie był to dobry prognostyk przed nocną jazdą... 

*** Szamotuły - niewątpliwie warto tu być. Ciekawy, rozległy rynek. Cenne zabytki w postaci zamku Górków i przede wszystkim pokaźnej ceglanej kolegiaty. 


sobota, 28 maja 2016
Rajd wielkopolski, dzień 2

Drugiego dnia podróży nadszedł czas uczcić niedzielę wizytą w Gnieźnie, uniknąć burz i osiagnąć cel drugiego etapu podróży - internat w Szamotułach. Co słoneczko widziało?

* Gosławice - dzielnica Konina gdzie noclegowałem. Fantastyczny industrialny widoczek z okna schroniska. Same Gosławice oferują nędzny zamek i ciekawy ceglany kościół. 

niedziela, 15 maja 2016
Rajd wielkopolski, dzień 1

Moja długa majówka przypadła tym razem w dniach 7-9 maja. Za cel obrałem Wielkopolskę (choć miały być Kujawy), już drugi raz w tym roku. Na tych dwóch się pewnie nie skończy - rok 2016 ogłaszam na wszelki wypadek Rokiem Wielkopolski. W zasadzie to powinien tak zwać się oficjalnie - mamy przecież 1050-lecie chrztu Polski. Chrzest jest datą symbolizującą proces podboju i przemocy (wg Gumplowicza), spiralę okrucieństwa która zakończyła się zmasakrowaniem okolicznych plemion i ustanowieniem hegemoni Polan wśród puszcz okolicznych zwanych dzisiaj Polską.

Wielkopolska to dla mnie kraina intensywnego rolnictwa, nudnego krajobrazu i ceglanych kościołów. Kraina niezbyt spektakularna. Nie ma tu - moim zdaniem - czegoś co mogłoby pozostawić niezatarte wrażenie (zabytku, pejzażu). Jest poprawnie, ale bez szału. Bliższa pejzażowo i zabytkowo - oraz dużo atrakcyjniejsza - jest dla mnie południowa część kraju. 

Rajdzik niniejszy utwierdził we mnie te wszystkie straszliwe stereotypy, sorry...

 Oto mój bedeker po wrażeniach z pierwszego dnia podróży przez Wielkopolskę:

* Brzeziny (łódzkie) - po raz kolejny jestem tu w weekend i znów ruch jak w mrowisku. Tym razem dotarłem na rynek. Znowu nie nawiedziłem fary - natężenie ruchu samochodowego wygnało mnie w pola.

* Bielawy - gotycki kościół miał otwarte drzwiczki w murze, których nie sposób było otworzyć. Zadziwiające. Poddałem się i pojechałem dalej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6