| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ciekawe blogi
Dobra prognoza
Fotograficznie
Geograficznie
Mapy i plany
Rowerowo
Z innej strony
Zabytkowo
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
środa, 09 sierpnia 2017
Dlaczego nadleśniczy z Dretynia skazał mnie na potop?

Raczej rzadko przedstawiam tu swoje refleksje na temat empatii, ale dnia 12 lipca 2017 r. brak tejże u nadleśniczego Szymona Należytego skazał mnie na totalne przemoczenie, dwugodzinny pobyt na zalewanym przez strugi deszczu przystanku i poszukiwania noclegu pod dachem w Kępicach i okolicach. Poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem; nawet najpojemniejszy obiekt w okolicy (dom weselny) nie dysponował wolnymi noclegami. 

 Co ma z tym wszystkim wspólnego Pan Nadleśniczy? Zanim nastąpił pogodowy armagedon zatrzymałem się u bram obiektu, którego nie miałem na mapie: pola biwakowego. Z mojej szczegółowej prognozy pogody wynikało, że najdalej za godzinę rozpocznie się kilkunastogodzinna ulewa o niepokojąco wysokim natężeniu. Gdy rowerzysta ma przed sobą taką perspektywę i cztery godziny do zmierzchu to raduje się na samą myśl że zdąży rozbić namiot w bezpiecznym miejscu i rozładować rower suchą stopą. Rano zaś, gdy padać przestanie, wyspany i suchy (w suchej odzieży i suchych butach!) ruszy w dalszą trasę. Pole biwakowe było ogrodzone i totalnie puste. Było tu czysto, skromna wiata ze stołem i ławami oraz toi-toi na obrzeżu. 

 Dziś już wiem, że mieliśmy na północy Polski bierzącego roku najzimniejszy i najbardziej deszczowy lipiec od 13 lat. Oczywiście - bo jakżeby inaczej - miałem w planach spędzić tegoroczny lipiec wyłącznie na północy Polski.

 Zlało mnie wiele razy, miałem ponownie wątpliwą przyjemność jechać kilka dni w mokrych butach, mokrych spodenkach itp. Potrafiło zalać mi buty przez ochraniacze. Wszystkie te nieprzyjemności skumulowały się 12 lipca dzięki decyzji nr 8/17 nadleśniczego nadleśnictwa Dretyń. Oto ona:

Cóż począć? Było grubo po godz. 14, Dretyń był dopiero przede mną, poczty w lesie nie zauważyłem. Mógłbym poprosić kogoś o przelew - 8 złotych to nie majątek, choć aż strach pomyśleć jaki odsetek tej kwoty stanowić będzie opłata za przelew - tylko skąd mam wziąć dokument do kontroli? Gdy na jaw wyjdzie moja zbrodnia w postaci nieposiadania należytego dokumentu, w środku ulewy zostanę wygnany z pola i dopłacę jeszcze do tego 16 zł. Policzyłem sobie to wszystko i perspektywa zapłacenia około 30 zł za kilka godzin (może nawet kilka minut, pole było tuż obok drogi) spędzonych w namiocie wydała mi się mało kusząca. Najmniej zachęcająca była obietnica wygnania w środku ulewy. 

Ruszyłem zatem dalej w ciemną czeluść mając pełną świadomość co mnie czeka. Dekadę temu - przejęty naiwną wiarą że lasy są naszym wspólnym narodowym dobrem - pisałem nawet do kilku nadleśnictw z prośbą o wyznaczenie mi miejsc do biwakowania. Chciałem mieć na wszystko papierek przed wyjazdem, bo tylko nadleśniczy może takie miejsca wyznaczać i zgody udzielać. Nie muszę chyba dodawać, że nie dostałem żadnej opowiedzi...

Epilog jest chyba jasny do przewidzenia - zziębnięty i przemoczony, po bezowocnym poszukiwaniu noclegu w niezbyt zachęcających wizualnie, tonących w wodzie Kępicach (jedyne miasto jakie mijałem po owym biwaku) - wylądowałem ostatcznie w lesie. Całkowicie nielegalnie, ale znacznie mniej stresująco niż na legalnym biwaku. Z dala od drogi, tuż obok kurek (widocznych przed namiotem) i maślaków. Dodam, że wszystkie te skarby zostawiłem nietknięte bo i cóż miałbym z nimi robić? Kalorycznością nie grzeszą :)

PS
Lasom Państwowym chciałbym symbolicznie napomknąć, że nie każdy kto chce skorzystać z pola biwakowego jest zmotoryzowany, przybywa w grupie i ma w planach tydzień pobytu nad jeziorem. Nie ma też obowiązku posiadać wypasionego smarfona, ajfona, tableta z dostępem do internetu w środku lasu. 
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Iluminacja Bolesławca

  Jechałem sobie nocą - rowerem rzecz jasna - przez dolnośląski Bolesławiec i na rynku doznałem olśnienia. Dosłownie i w przenośni. Fasady kamienic promienieją na tle ciemnego sklepienia nieba jak księżyc w pełni. Fantastyczne przeżycie. Zapamiętajcie: Bolesławiec nocą jest przepiękny. Gdy docieramy na rynek wkraczamy nagle w inny wymiar, otacza nas świetlisty krąg kamienic. Iluminacja jest niezwykle intensywna i efektowna.

Na filmie z lotu drona wygląda to jeszcze lepiej:


Co ciekawe, miałem już okazję oglądać bolesławiecki rynek w dzień i nie robi aż takiego wrażenia. Po prostu widać, że kamienice są rekonstruowane. W nocy jest inaczej, podświetlenie uwypukla to co istotne, wprowadza szczyptę magii, a jednocześnie ciemność zakrywa to co jest mniej widowiskowe. Palce lizać!

Ja oczywiście jechałem dalej, przez Legnicę, piękne Prochowice, Środę Śląską i Brzeg Dolny po okolice Oleśnicy, ale to jest mniej ważne.

poniedziałek, 10 października 2016
Gdzie ta jesień? W górach też jej nie ma...

Gwiżdżący prolog

  Wstałem kilka minut po czwartej, przed piątą byłem już na rowerze. Jechałem z Chorzowa do Podlesia przez Lasy Kochłowickie i w poblizu Stargańca. Tradycyjnie łanie mnie lekceważyły, dopiero gwizdanie powodowało że ruszały lustra z drogi. Poruszający się w nocnej ciszy rowerzysta jest przez kopytne permanentnie ignorowany, traktowany jak powietrze. Narusza to moje poczucie ważności i wyższości gatunkowej. Z drugiej strony na ul. Owsianej, tuż porzed przejazdem kolejowym stadko saren skupiło się wokół latarni i wyglądały pięknie, tajemniczo, jak w nieziemskiej poświacie. Zamiast wyjąć aparat - gwizdnąłem, no cóż, pośpiech jest złym doradcą.

 Szczęśliwie zdąrzyłem dzięki temu gwizdnięciu na pociąg (o 5:35) w Katowicach-Podlesiu, peronik był bowiem opleciony taśmami a na ziemi leżała kartka z napisem "peron 1 wyłączony z użytkowania". Ledwo to przeczytałem zobaczyłem światła pociągu i niemal natychmiast rzuciłem się do przeprowadzania roweru przez tory. Rozległ się potężny gwizd (tym razem lokomotywy, nie mój), ale uniknąłem wprasowania w tory.

niedziela, 19 czerwca 2016
Poranna Piotrkowska na rowerze

Łódź, około godziny 5 rano, czerwcowa niedziela. Wymarzony moment na rowerową przejażdżkę najwspanialszą miejską ulicą w Polsce i przy okazji najdłuższym traktem handlowym Europy. Ulica totalnie opustoszała, jedynie po horyzont ciągnęły się kamienice. Na jej cześć miasto włókniarzy powinno się nazywać miastem osi - bo Piotrkowska jest osią sprawczą, kompozycyjnym kręgosłupem, tętnicą i linią życia zarazem.

Zaryzykuje stwierdzenie, że ta monumentalna ulica najlepiej prezentuje się właśnie pusta, bo miejski zgiełk zagłusza nieco jej majestat. Oczywiście jest to paradoks, bo dla ludzi i tego zgiełku została stworzona. Nie mogę się nadziwić, że o tej porze ulica stworzona do celów skrajnie przyziemnych (komunikacji, handlu) wydaje się unosić ponad doczesnością. Takich wrażeń się nie spodziewałem, może to efekt wcześniejszej drzemki na przystanku położonym wśród usypiska butelek po tanich winach, gdzie odwiedziło mnie dwóch lokalnych twórców tego pejzażu w stanie mocno wskazującym. Dzień wcześniej wracając rowerem z Ciechanowa zabawiłem trochę za długo w Płocku (byłem po raz pierwszy) i postanowiłem około północy trochę zresetować organizm (nieco na południe od geometrycznego środka Polski). Skończyło się na nocnych Polaków rozmowach, przebiegających w zadziwiająco przyjaznej atmosferze. I właśnie dlatego podróż rowerem jest jedyna w swoim rodzaju :)


17:10, stradovius , Refleksje
Link Komentarze (3) »
czwartek, 28 stycznia 2016
David Byrne i jego "Dzienniki rowerowe"

Na początku roku korzystając z chwili luzu, z braku laku, wypożyczyłem w bibliotece Dzienniki rowerowe. Autor tychże - David Byrne - lider grupy Talking Heads, nie znalazł się nigdy w sferze moich zainteresowań. Zdecydował zatem nie jego dorobek muzyczny a tytuł książki. Nie spodziewałem się niczego szczególnie ciekawego. To miała być lektura do poduszki, bo cenniejszych pozycji nie udało mi się wypożyczyć. Książka przeleżała na półce 2 tygodnie i chyba tylko zbliżający się nieuchronnie termin zwrotu skłonił mnie do naruszenia jej nietykalności.

Każdy lubi się pozytywnie rozczarować. Byrne okazuje się człowiekiem o szerokich horyzontach i niezwykłej pasji poznawania otoczenia. Autor książki ma swoje poglądy, także polityczne, których nie ukrywa. Potrafi jednak od czasu do czasu zdobyć się na całkowicie obiektywną refleksję, na własne niezwykle celne spostrzeżenie. Mnóstwo razy się z nim nie zgadzałem i równie często zgadzałem. Tytuł książki jest bardzo mylący, skala i kaliber poruszanych tematów robią wrażenie. Od wolności mediów po prostytucję, od zagrożeń dla istnienia planety po rozmyślania na temat kasku rowerowego (W kasku generalnie każdy wygląda jak głupek). 

 
1 , 2 , 3