| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
Ciekawe blogi
Dobra prognoza
Fotograficznie
Geograficznie
Mapy i plany
Rowerowo
Z innej strony
Zabytkowo
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
piątek, 23 listopada 2018
Listopadowe mędzenie

 Nie znoszę listopada. Szczególnie tej jego drugiej połowy... Znów prześladuje mnie przeziębienie zatok. Zamiast podsumowywać rekordowo bogaty, tegoroczny dorobek rowerowy - nadrabiam zaległości czytelnicze. Magdalena Skopek (fizycy - ród tytanów) jest znakomitą terapeutką, swoim opisem zmagań Nieńców z listopadem (znanym u nich pod określeniem "pełnia lata") przywróciła mi wiarę w to, że nasz klimat nie jest najpodlejszym na świecie :) 

 Tegorocznej jesieni wyjątkowo wcześnie obserwowałem w parku gawrony. Ich przylot od zawsze mnie przygnębia (od czasów podstawówki). To taki gawroterroryzm psychiczny. Przyleciały gawrony - będzie szaro i zimno. Pół roku bez zieleni. W zamian pojawiły się typowo gawronie atrakcje: smog, całodzienna mrzawka, wszechobecna ponurość i szarość, zmierzch zapadający o 16. Czasem myślę, że gawrony przynoszą to wszystko na skrzydłach (a przecież dla przybyszów z północy nasz klimat to tropiki). Czekam więc cierpliwie, aż urok zdejmą szpaki. Widziałem je jeszcze ostatniego ciepłego listopadowego dnia, przypadek? Nazajutrz przepadły.

 Nadzieja powróci dopiero wtedy, gdy kosy zainicjują przedsezonowe ćwiczenia wokalne. Wtedy wrócą w moje sąsiedztwo one - szpaki. Wraz z nimi powróci do krajobrazu zieleń. Znów rozbrzmiewać będą ptasie trele. Szpaki przyniosą ze sobą gotowe nagrania. Gdy zaczną znowu odtwarzać te chaotyczne szczebioty, gdy zaczną - jak zwykle energicznie (z radością i entuzjazmem?) - cyrklować trawniki... wtedy listopadowe przygnębienie ustąpi wiośnie. 

Tagi: listopad
20:58, stradovius , Refleksje
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 czerwca 2018
Rosja w sercu Polski

 Nie pisałem tu długo - wszystkie wycieczki wrzucam dość regularnie i od dawna (na bieżąco) na bikestats.pl. Nie pisałem, bo intensywnie jeździłem. W tym roku - o dziwo - ani choróbsko mnie nie zwaliło póki co, ani kontuzja. Tyle tytułem wyjaśnienia.

 Urlop uzupełniający wykorzystałem w I dekadzie czerwca tego roku na wycieczkę w  jądro ciemności, w środek obwarzanka - na Mazowsze. Uzbierałem tego wyjazdu kilkanaście dni. Zapędziłem się oczywiście w tym czasie także trochę dalej - na Warmię, Mazury, nawet na skraj Podlasia. Generalnie celem było gruntowne poznanie ostatniego regionu Polski, gdzie uchowały się jakieś rozleglejsze połacie ziem nienawiedzonych przeze mnie na rowerze. 

 Mazowsze (właściwie to woj. mazowieckie) reklamuje się ze swadą jako serce Polski. W roku jubileuszowym, w 100. rocznicę odzyskania niepodległości, postanowiłem w tym sercu na dłużej się zaszyć. Jeśli uznać to hasło za prawdziwę, to serce naszej ojczyzny jest siedzibą prawdziwie rosyjskiej duszy... 

Jakoś tak w Milanówku skojarzyło mi się:

Truskawki w Milanówku
Na talerzykach Rosenthala
Przysiadły od hołoty z dala
Wśród śmietankowej mgły


(Na mapie był asfalt, takich niespodzianek na Mazowszu nie brakowało)
sobota, 17 marca 2018
Mizar w Studziance

 Takie powidoki z drugiego objazdu Polski na rowerze. Na 17. etapie mojego rajdu z 2016 r. największe wrażenie zrobił na mnie mizar w Studziance (na południowym krańcu Podlasia). 

 Meczet się tutaj nie zachował - puścili go z dymem Kozacy w dobie I wojny światowej (razem z całą wsią). Spis ludności z 1921 r. wykazał zaledwie 6 muzułmanów (wieś liczyła 541 mieszkańców). Ostatni imam - Maciej Barlujewicz - przekazał teren po spalonym meczecie pod budowę szkoły. Dziś nie ma tu Tatarów, szkoda. Pozostała jednak niezwykła historia wsi i jej namacalne dziedzictwo: ponad 170 zachowanych zabytkowych nagrobków na tutejszym mizarze. 

piątek, 06 października 2017
Stopa achillesowa, czyli moje lato 2017

 Mój pomysł na lato był w tym roku patriotyczno-rocznicowy. Otóż na jesieni roku 2018 obchodzić będziemy stulecie odzyskania niepodległości. Do 7 października chciałbym więc poznać na rowerze wszystkie polskie gminy. Pomysł zaświtał mi jesienią roku 2016. Moja kolekcja liczyła wtedy gmin 1367. Na ten rok planowałem dobić do sumy 2100, by w przyszłym uzupełnić brakujące 397 gmin i triumfalnie wjechać do gminy nr 2497 w dniu 7 października, czyli w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Z racji kontuzji (zwichnięcie stopy)- której doznałem w bezpośrednim pobliżu siedziby wielebnego Ojca Dyrektora - mój licznik zatrzymał się na liczbie 1993.

 Czy w przyszłym roku zdołam poznać na rowerze 504 nowe gminy? W tym roku zaliczyłem ich 627, co jest moim rekordem (a miało być jeszcze więcej). Wszystkie gminy zaliczyłem w województwach: opolskim, lubuskim, zachodniopomorskim i pomorskim. Jednej gminy brakuje mi do celu w województwie śląskim i świętokrzyskim, czterech w małopolskim. W pozostałych województwach jest trudniej, gdybym zrealizował tegoroczne plany miałbym na rozkładzie wszystkie gminy  w województwach: warmińsko-mazurskim, podlaskim, lubelskim i podkarpackim. To znacząca różnica.

środa, 09 sierpnia 2017
Dlaczego nadleśniczy z Dretynia skazał mnie na potop?

Raczej rzadko przedstawiam tu swoje refleksje na temat empatii, ale dnia 12 lipca 2017 r. brak tejże u nadleśniczego Szymona Należytego skazał mnie na totalne przemoczenie, dwugodzinny pobyt na zalewanym przez strugi deszczu przystanku i poszukiwania noclegu pod dachem w Kępicach i okolicach. Poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem; nawet najpojemniejszy obiekt w okolicy (dom weselny) nie dysponował wolnymi noclegami. 

 Co ma z tym wszystkim wspólnego Pan Nadleśniczy? Zanim nastąpił pogodowy armagedon zatrzymałem się u bram obiektu, którego nie miałem na mapie: pola biwakowego. Z mojej szczegółowej prognozy pogody wynikało, że najdalej za godzinę rozpocznie się kilkunastogodzinna ulewa o niepokojąco wysokim natężeniu. Gdy rowerzysta ma przed sobą taką perspektywę i cztery godziny do zmierzchu to raduje się na samą myśl że zdąży rozbić namiot w bezpiecznym miejscu i rozładować rower suchą stopą. Rano zaś, gdy padać przestanie, wyspany i suchy (w suchej odzieży i suchych butach!) ruszy w dalszą trasę. Pole biwakowe było ogrodzone i totalnie puste. Było tu czysto, skromna wiata ze stołem i ławami oraz toi-toi na obrzeżu. 

 Dziś już wiem, że mieliśmy na północy Polski bierzącego roku najzimniejszy i najbardziej deszczowy lipiec od 13 lat. Oczywiście - bo jakżeby inaczej - miałem w planach spędzić tegoroczny lipiec wyłącznie na północy Polski.

 Zlało mnie wiele razy, miałem ponownie wątpliwą przyjemność jechać kilka dni w mokrych butach, mokrych spodenkach itp. Potrafiło zalać mi buty przez ochraniacze. Wszystkie te nieprzyjemności skumulowały się 12 lipca dzięki decyzji nr 8/17 nadleśniczego nadleśnictwa Dretyń. Oto ona:

Cóż począć? Było grubo po godz. 14, Dretyń był dopiero przede mną, poczty w lesie nie zauważyłem. Mógłbym poprosić kogoś o przelew - 8 złotych to nie majątek, choć aż strach pomyśleć jaki odsetek tej kwoty stanowić będzie opłata za przelew - tylko skąd mam wziąć dokument do kontroli? Gdy na jaw wyjdzie moja zbrodnia w postaci nieposiadania należytego dokumentu, w środku ulewy zostanę wygnany z pola i dopłacę jeszcze do tego 16 zł. Policzyłem sobie to wszystko i perspektywa zapłacenia około 30 zł za kilka godzin (może nawet kilka minut, pole było tuż obok drogi) spędzonych w namiocie wydała mi się mało kusząca. Najmniej zachęcająca była obietnica wygnania w środku ulewy. 

Ruszyłem zatem dalej w ciemną czeluść mając pełną świadomość co mnie czeka. Dekadę temu - przejęty naiwną wiarą że lasy są naszym wspólnym narodowym dobrem - pisałem nawet do kilku nadleśnictw z prośbą o wyznaczenie mi miejsc do biwakowania. Chciałem mieć na wszystko papierek przed wyjazdem, bo tylko nadleśniczy może takie miejsca wyznaczać i zgody udzielać. Nie muszę chyba dodawać, że nie dostałem żadnej opowiedzi...

Epilog jest chyba jasny do przewidzenia - zziębnięty i przemoczony, po bezowocnym poszukiwaniu noclegu w niezbyt zachęcających wizualnie, tonących w wodzie Kępicach (jedyne miasto jakie mijałem po owym biwaku) - wylądowałem ostatcznie w lesie. Całkowicie nielegalnie, ale znacznie mniej stresująco niż na legalnym biwaku. Z dala od drogi, tuż obok kurek (widocznych przed namiotem) i maślaków. Dodam, że wszystkie te skarby zostawiłem nietknięte bo i cóż miałbym z nimi robić? Kalorycznością nie grzeszą :)

PS
Lasom Państwowym chciałbym symbolicznie napomknąć, że nie każdy kto chce skorzystać z pola biwakowego jest zmotoryzowany, przybywa w grupie i ma w planach tydzień pobytu nad jeziorem. Nie ma też obowiązku posiadać wypasionego smarfona, ajfona, tableta z dostępem do internetu w środku lasu. 
 
1 , 2 , 3 , 4