| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ciekawe blogi
Dobra prognoza
Fotograficznie
Geograficznie
Mapy i plany
Rowerowo
Z innej strony
Zabytkowo
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
wtorek, 05 października 2010
Myśliwi znowu upolowali niedźwiedzia

Trzech myśliwych i pies

Było ich trzech. Trzech myśliwych jak co roku ustrzeliło niedźwiedzia a od jego krwi zaczerwieniły się liście klonów. Nadeszła jesień. Ci trzej myśliwi polują tak co roku, przyczyniając się do zmiany pór roku.

Piękna indiańska legenda widzi dla nich miejsce na niebie w gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy. Indianie genialnie rozwiązali problem przydługiego ogona - to trzej myśliwcy tropiący 4-gwiazdowego niedźwiedzia (czasem postrzeganego z dodatkowymi gwiazdami - jako nogami i głową, tak że 4. gwiazdy tworzą tułów) postępują jeden za drugim... i wszystko jasne.

Później Indianie wzbogacili tą legendę o psa. Wśród trzech myśliwych podążających za niedźwiedziem, środkowy ma towarzysza. Obdarzeni dobrym wzrokiem dostrzegą z pewnością przy środkowej gwieździe dyszla Wielkiego Wozu, zwanej Mizar, mniejszą gwiazdę Alkor.

Wielka Niedźwiedzica w wersji

Źródło: chandra.harvard.edu

Co zrobić z tym dodatkowym towarzyszem? Do idei Wielkiego Wozu czy Wielkiej Niedźwiedzicy nie pasuje; nie wnosi nic nowego. Znakomicie natomiast pasuje do sceny polowania na niedźwiedzia. To trzej myśliwi i towarzyszący im pies ścigają niedźwiedzia!

Mnie ta wersja w pełni przekonuje, tym bardziej, że nazwa Wielkiej Niedźwiedzicy dla tego gwiazdozbioru jest starsza niż Wielki Wóz (taka interpretacja pojawiła się dopiero wraz z przejściem na osiadły tryb życia i wynalezieniem wozu). Mało tego, po grecku gwiazdozbiór ten nazywa się Wielkim Niedźwiedziem (gwiazdozbiór już przez starożytnych przedstawiany był w formie męskiej). Mianem niedźwiedzia czy niedźwiedzicy określały ten charakterystyczny gwiazdozbiór niemal wszystkie ludy północy! Począwszy od Hindusów i Chińczyków a na Skandynawach, ludach syberyjskich czy Indianach kończąc.

Tylko ci ostatni mieli wystarczająco bystry wzrok i odpowiednio rozbudowaną wyobraźnię by dokonać tak przekonywującej egzegezy.

Jeśli dodać, że jest to najprawdopodobniej najstarszy gwiazdozbiór wydzielony przez człowieka na sferze niebieskiej, sprawa nabiera wielkiej wagi.

Motyw polowania u innych ludów

Motyw polowania na niedźwiedzia pojawia się - przy opisach gwiazdozbiorów - u wielu ludów. Ludy całej Eurazji i Ameryki Północnej miały bardzo podobne mity wiążące Wielką Niedźwiedzicę z Wolarzem, który pełnił rolę myśliwego lub strażnika.

Irokezi i Mikmacy także uznawali 4-gwiazdowego niedźwiedzia (a więc część gwiazdozbioru bez dyszla) ale w roli myśliwych widzieli kilka gwiazd z gwiazdozbioru Wolarza.

Podobieństwo tych wszystkich mitów wskazuje na ich wspólne pochodzenie. Część badaczy twierdzi więc, że pierwotny mit, a wraz z nim wyobrażenia niebieskie zostały przeniesione do Ameryki z Azji. Miało do tego dojść w czasach kiedy istniało lądowe połączenie między obydwoma kontynentami - najpóźniej 15 tys. lat temu...

Patrząc na klony (zwyczajne, srebrzyste, palmowe i ginnala) stwierdzam, że łowcy dopadli już władcę Północy i zarazem całego północnego nieba. Rozlana krew przynosi nam na klonowych liściach jesień, oby taką prawdziwą indiańską (vel złotą polską) - wbrew prognozom.

piątek, 01 października 2010
Jesień pensylwańska

 

Jesion pensylwański Fraxinus pennsilvanica

Ten drugi po jesionie wyniosłym najpopularniejszy gatunek jesiona w Polsce jest drzewem co najwyżej średniej wielkości. Jest niżej ceniony od takich gatunków jesionów jak wyniosły czy amerykański, które określane są mianem szlachetnych. Łatwo dziczeje i staje się drzewem leśnym, niezbyt zresztą cenionym przez leśników. Jest drzewem niezbyt długowiecznym, osiągającym zazwyczaj wiek 100-150 lat - ale są przecież gatunki drzew znacznie gorsze w tej kategorii od niego. Bardzo późno rozwija wiosną liście (zazwyczaj dopiero na początku maja) - ale i tak jest lepszy w tej kategorii od innych jesionów.

Wszystkie pozostałe cechy tego drzewa należy już zaszeregować w kategorii niepodważalnych zalet.
Jest bardzo wytrzymały na zanieczyszczenia powietrza i chętnie bywa sadzony w miastach.
Ma niewielkie wymagania glebowe.
Rośnie szybko i świetnie sprawdza się jako drzewo miejskie.
Jest ponadprzeciętnie wytrzymały zarówno na suszę, jak i na mrozy.
Nie tworzy odrośli korzeniowych.
Nie daje się wywracać wichurom, bo ma bardzo rozległy i dość głęboki system korzeniowy.
No i przede wszystkim przyczynia się do zaistnienia zjawiska, które nazywam:

Jesień pensylwańska


Ten najszerzej rozpowszechniony z amerykańskich jesionów wyróżnia się przede wszystkim niezwykle efektownym, intensywnie jaskrawożółtym przebarwieniem liści jesienią. Pod względem nasycenia jesiennych barw jesion pensylwański należy do najbardziej efektownych drzew uprawianych w Polsce. Równać się z nim mogą - moim skromnym zdaniem - jedynie klon zwyczajny, klon palmowy, sumak octowiec i buk pospolity.

Przebarwienie liści pojawiło się w tym roku tradycyjnie - czyli po połowie września - są to już zatem ostatnie dni by napawać się tą ferią wszelakich odcieni żółci.
Pamiętać trzeba, że jesion pensylwański króluje w jesiennym pejzażu tylko około dwóch tygodni i okres ten dobiega właśnie końca. Dlaczego zatem jesień pensylwańska?
Pensylwański skrzy się jak złoto w okresie, gdy praktycznie wszystkie inne drzewa są jeszcze zielone. We wrześniu! Owe dwa tygodnie to czas, w którym niepozorny przez resztę roku jesion pensylwański staje się najpiękniejszym i zdecydowanie najbardziej wyróżniającym się kolorystycznie z otoczenia elementem miejskiego krajobrazu. Ot, taki kopciuszek, który właśnie na naszych oczach przeżywa swoje pięć minut.

Reasumując: spieszmy się podziwiać złocistość liści jesionów pensylwańskich, ona tak szybko przemija!

PS
Mój ulubiony jesion osiedlowy (ten na zdjęciu) ciągle jeszcze nie zrzucił jesiennej szaty. W poniedziałek będę znów pod nim przemykał do pracy i boję się, że tym razem liście będą już w większości na chodniku :-(
środa, 22 września 2010
Król Orawy

On. Po prostu On. Zawsze z szacunkiem i podziwem odnosiłem się do tej sylwetki, która zafascynowała mnie już w okresie, gdy w góry chodziłem tylko z mamusią i tatusiem.

Dumnie sterczący wśród pospólstwa łagodnych ciemnozielonych grzbietów Orawy. Konkurujący o prymat w krajobrazie nawet z Jego Pięknością, fatrzańskim Wielkim Rozsypańcem. Po prostu ten tajemniczy Wielki Chocz, który w dzieciństwie wydawał mi się tak niebotyczny i nieosiągalny. Prawdziwy król.

Wielki Chocz

Oburzała mnie legenda jakoby o względy Babiej Góry ubiegał się ten płaskogłowy i ze wszech miar przeciętny Pilsko. Pilsko z obliczem przeoranym wyciągami narciarskimi i schroniskiem pod wezwaniem Jak Największego Zysku. Pilsko wulgarny, pospolity, zdeptany i zajechany (przez narciarzy). W dodatku Pilsko z utrudnieniami (szczyt po stronie słowackiej a nie było jeszcze strefy Schengen).

Nie dziwiło mnie, że Pilsko dostał kosza :)

Dziwiło mnie gdzie w tej legendzie o Orawskiej Królowej (vel Królowej Beskidów, Królowej Niepogód etc) miejsce dla Króla.

Przecież Król mógł być tylko jeden. On.

Później dowiedziałem się:

- że na Choczu nie ma schroniska i objęty jest ochroną jako narodowy rezerwat

- że za wejście 100 razy w ciągu roku słowackie ministerstwo kultury i nauki przyznaje specjalny medal (a wejścia trzeba udokumentować)

- że na szczycie, jak na wszystkich honornych i godnych szacunku górach, znajduje się "puszka" z księgą wejść

- że istnieje hotel Chocz, czyli szałas gdzie wędrowiec możne legalne i za darmo przenocować, jeśli zaskoczy go zmierzch lub jeśli po prostu chce zobaczyć wschód słońca na Wielkim Choczu

- że jest dla Słowaków świętą górą, drugą w hierarchii po Krywaniu...

Wielki Chocz

Samotný kopec Choč vytvára nad našou obcou nádhernú kulisu, týči sa ako náš ochranca - kamenný rytier.

A potem wreszcie go zdobyłem i mój szacunek wzrósł jeszcze bardziej. Czy można nie szanować szczytu, który pozwala poczuć się jak na dachu świata? Szczytu z którego widać połowę Słowacji z Małą Fatrą, Wielką Fatrą, Niżnymi Tatrami, Zachodnimi Tatrami, Morzem Liptowskim. Szczytu z którego widać nie tylko rzeczoną Babią Górę i jej absztyfikanta Pilsko, ale też - a jakże - zadziorny czub świętego Krywania, no i całą Orawę ze wspaniałą ścianą Kubińskiej Holi na pierwszym planie. Widać stąd wszystkie najwspanialsze pasma górskie Zachodnich Karpat!

No i te wspaniałe, przepaściste północne stoki pełne półek skalnych, piarżysk i turniczek...

Chocz jest wielki. Nie jest zadeptany, nawet w słoneczny wakacyjny weekend bywa tu pustawo. Nie jest przereklamowany, ba, w Polsce ten spektakularny szczyt jest prawie nieznany. Nie jest skomercjalizowany, ba, nie ma tu parkingów u podnóża, schroniska na szczycie (ani gdziekolwiek indziej, do najbliższego droga daleka), domów wczasowych na stokach. Po północnej stronie nie ma nawet pensjonatów i ciężko o nocleg na kwaterze.

Jest cisza, niesamowita panorama, dzika i groźna przyroda (niedźwiedzie i wilki nie zaglądają tu, one tu po prostu są). Są wreszcie otaczające Króla Góry Choczańskie, które choć przy Choczu wyglądają jak pagórki to jednak osiągają spore wysokości względne i cechują się wspaniałymi pejzażami. Góry o wybitnych walorach przyrodniczych (projektowany park narodowy), pozbawione praktycznie zagospodarowania turystycznego i niemal bezludne (poza dolinami Kwaczańską i Prosiecką), poprzecinane głębokimi dolinami potoków, upstrzone licznymi wychodniami skałek.


Taki jest w skrócie Chocz. Mój Chocz.

środa, 08 września 2010
Podobieństwo niepodobnych

 

Byli tak różni a jednak wiele ich łączyło, zadziwiająco wiele:


Obaj - od dzieciństwa - wierzyli we własną niezwykłość i przeznaczenie, które wyniesie ich na szczyty władzy.

Obaj nie mieli zbyt wielu prawdziwych przyjaciół, pozostawali w jakiś sposób na uboczu, funkcjonowali w izolacji.

Obaj wygłaszali płomienne przemówienia hipnotyzując słuchaczy.

Obaj starannie przygotowywali wszystkie swoje wystąpienia publiczne

Obaj lubili rządzić i nie mogli żyć bez polityki. Chcieli mieć zawszę pełnię władzy.

Obaj nie słynęli z burzliwego życia erotycznego bo ich prawdziwą namiętnością była polityka.

Obaj byli skrajnymi egoistami.

Obaj miewali skrajne nastroje i uchodzili za niezrównoważonych.

Obaj mieli wielkich entuzjastów i zaciekłych wrogów.

Obu lekceważyli ojcowie i nie wierzyli w ich możliwości.

Mimo to dla obu wczesne dzieciństwo było szczęśliwe, do czasu... pójścia do szkoły.

Obaj w szkole byli outsiderami.

Obaj - żeby było zabawniej - lubili malować obrazy.

Obu wydawało się, że są wielkimi, nieomylnymi strategami.

Obaj mieli sentyment do munduru i armii.

Obaj byli przekonani, że są superpatriotami.

Obaj szczerze się nienawidzili.



 

 

Jeden roztrwonił spadek po matce i został nędzarzem, drugi trwonił pieniądze przez całe życie ale żył zawsze w luksusie.

Jeden uwielbiał książki Karola Maya, drugi Waltera Scotta i Stevensona.

Jeden był synem znanego arystokraty, drugi anonimowego urzędnika celnego.

Jeden został symbolem klęski, drugi zwycięstwa; a walczyli w tej samej wojnie.

Jeden został zbrodniarzem wojennym, drugi wojennym bohaterem.


Adolf i Winston. Dwie różne biografie, pytanie czy bardzo różne? Nie. Mieli podobne zdolności i pasje, podobne charaktery i urojenia. Nawet wady mieli podobne. Co ich tak naprawdę różniło? Środowisko z którego wyrastali!

A gdyby to Hitler urodził się w pałacu Blenheim, od dzieciństwa miał służących i guwernantkę? Co by było gdyby mógł dorastać w cudownym świecie młodego Winstona? Czy byłby zbrodniarzem wojennym gdyby przesiąkł w dzieciństwie świadomością znaczenia swego rodu, sentymentem do monarchii, hierarchii społecznej i imperium kolonialnego?

Czy Hitler mógł być Churchillem?


piątek, 03 września 2010
O "Czubku" słów kilka...

W moim rodzinnym domu i wśród znajomych propaguję od dawna (z sukcesami) zawadiacką ksywkę Macieja Kurzajewskiego. Nie pamiętam już nawet ile czasu to trwa?

Pół roku, rok, dwa lata?

Ktokolwiek pamięta, ktokolwiek wie?


Ale chyba każdy przyzna, że kolejne wcielenia czubka u Macieja "Czubka" Kurzajewskiego robią się - kolokwialnie mówiąc - wkurzające.

Tak. Nie bawią już, nie wywołują salw ironicznego śmiechu. Znudziło się. Pozostał tylko Maciej "Czubek" wKurzajewski, jak słusznie określa go nonsensopedia.