| < Styczeń 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Ciekawe blogi
Dobra prognoza
Fotograficznie
Geograficznie
Mapy i plany
Rowerowo
Z innej strony
Zabytkowo
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
środa, 24 listopada 2010
Wielki Kopiec Nowocki

Góry dla koneserów, cz. 1

Vel'ký kopec jest samodzielnym* tysięcznikiem (1086 m n.p.m) wznoszącym się na północny-zachód od wsi Novot'. Na szczyt, ani nawet w pobliżu masywu, nie prowadzi żaden szlak turystyczny. Dzięki strefie Schengen można pokusić się o zdobycie go idąc na przełaj od granicy polsko-słowackiej.

Wariantów nie brakuje, można iść od przełęczy Glinka przez Mały Kopiec (1039 m n.p.m) i Nowoć lub od Soblówki przez Dolinę Urwiska. Można też oczywiście pójść na łatwiznę: przejechać Glinkę samochodem i zaczynać na skraju Nowoci, u podnóża Kopców. Ja wybrałem tym razem pierwszy wariant, w wersji PKS-owej.

Przyznam, że do przełęczy Glinka mam pewną słabość. Uwielbiam przejeżdżać przez nią na rowerze, szczególnie od strony słowackiej, gdzie podjazdu mało i łagodny, a po polskiej stronie 7-kilometrowy zjazd, na którym spokojnie można wyciągnąć 80 km/h, bo asfalt przedniej jakości a ruch zerowy lub incydentalny.


  • Przejazd pociągiem do Rajczy Centrum (ze zniżką)  - 10.71 PLN
  • Przejazd PKS-em z Rajczy do przyst. Glinka Granica - 3.60 PLN
  • Widoki i świadomość, że jest się tu pierwszym turystą od co najmniej tygodnia - bezcenne


Zresztą jeśli ktoś zapuszcza się na nieoszlakowane szczyty Grupy Oszusa jest bardziej odkrywcą-traperem niż turystą.

Od lewej: Vel'ký kopec (1086), Oszus (1155) i Bednarów Beskid (1093) czyli magia tzw. Grupy Oszusa

Zdjęcie powyżej przedstawia - moim zdaniem - najpiękniejszą polanę w całym Beskidzie Orawsko-Żywieckim (czyli Żywieckim po obu stronach granicy). Chodzi o polanę pod wierchem granicznej Magurki (929 m n.p.m), bezimienną na mapach. Z całą pewnością ma jakąś nazwę, bo po prostu na nią zasługuje: za widoki niczym w Beskidzie Wyspowym.

Oto ona - Grupa Oszusa - ze swoim charakterystycznym układem 4 odosobnionych gór oddzielonych od siebie płytkimi przełęczami. Wielka Czwórka w składzie: Mały Kopiec, Wielki Kopiec, Oszus, Wysoka Magura - to nic innego jak namiastka Beskidu Wyspowego w Beskidzie Orawsko-Żywieckim.



Droga na szczyt jest prosta: w górę aż do ostatnich zabudowań Nowoci i na południowy-zachód szerokim, dobrze utrzymanym płajem. Przy drugim rozejściu w prawo, leśną drogą pnącą się pod skosem stokami Wielkiego Kopca.

Powyżej widok z grzbietu szczytowego na północ. Na pierwszym planie tzw. pasmo graniczne: Pietkula (996) i na prawo od niej Magurka (929) z moją ulubioną polaną bez nazwy. Na drugim planie Jaworzyna (1045) w paśmie Hrubej Buczyny i na ostatnim trzecim planie pasmo Lipowskiej od Redykalnego Wierchu, przez Boraczy po Lipowską ze słynnymi z widoków halami: Redykalną (pierwsza od lewej), Bacmańską (druga od lewej), Gawłowską i Bieguńską.

Tatry Bielskie i Wysokie w pigułce. Od lewej: Hawrań, niżej Murań, Płaczliwa Skała, Hlupy, Bielanska kopa, Jagnięcy, Kołowy, Mały i Duży Kieżmarski, Durny, Łomnica, Lodowy, nieco na prawo i niżej od niego Giewont, Świnica, Gerlach. Na bliższym planie, poniżej Jagnięcego widnieje wieża na Magurce Namiestowskiej i dalej na prawo ciąg dalszy Pasma Budina.

Wielki Kopiec ma strome stoki (szczególnie północne), wydłużony kształt i posiada kilka wierzchołków, w miarę podążania grzbietem wygodna dotąd droga przemienia się w ścieżkę, aż całkiem zanika. Niemniej zanim zaniknie otwiera się w przecince wspaniały widok na Orawę i Tatry.

Od lewej m.in.: Gerlach, Czerwone Wierchy, Rysy, Wysoka, Mięguszowiecki, Hruby, Krywań, Kamienista. Przed Tatrami połogi, długi grzbiet Budina, a najbliżej Maršalkov gruñ w przedłużeniu ramienia Wielkiego Kopca.

*To określenie ma podstawy naukowe, chodzi o MDW czyli minimalną deniwelację względną, zob. wikipedia.

sobota, 20 listopada 2010
Tatry nad Nowocią

Od lewej: Kołowy (2418), Mały Kieżmarski (2513), Kieżmarski (2556), Durny (2612), Łomnica (2634), Lodowy (2627), tuż nad linią lasu - Giewont (1895), Świnica (2301), Gerlach (2655) - poniżej wieża na Magurce Namiestowskiej (1107), Rysy (2503) i Wysoka (2547), Czerwone Wierchy (2123), Mięguszowiecki (2438), Grupa Krywania (2494), Kamienista (2121), masyw Bystrej (2248), Rakoń, Raczkowa Czuba (2194), Wołowiec (2063), Ostry Rohacz (2087), Płaczliwy Rohacz (2125), Grupa Banikova (2178) i Salatyna (2048).   

środa, 17 listopada 2010
Słowacka wieś przełomu XIX i XX wieku w oczach polskich podróżników

Bieda i analfabetyzm

W połowie lat 90. XIX w. słowackie wsie - jak pisał polski podróżnik Stanisław Grabski (brat tego Grabskiego) - były biedniejsze od polskich i stały na niższym poziomie cywilizacyjnym. Niemal wszystkie chaty we wsiach były kurne, a dym rozściełał się po całej izbie zanim uchodził przez otwór w strzesze.

Na wsiach de facto nie było szkół, polityka rządu węgierskiego celowo utrzymywała taki stan rzeczy, bano się bowiem wzrostu świadomości narodowej Słowaków. Tymczasem tylko wieś była na obszarze Górnych Węgier naprawdę słowacka. W przeważającej mierze składała się na nią masa chłopska a w mniejszej liczbie świadomość słowackiego pochodzenia mieli też wiejscy księża i drobne ziemiaństwo, tzw. statkari - właściciele niewielkich folwarczków składających się z ubogich gleb górskich.

90% z tej liczby na pytanie o narodowość odpowiadała, że są Węgrami - nie odróżniając przynależności narodowej od państwowej. Świadomość narodowa była więc u Słowaków w powijakach.

Czystość i uporządkowanie zabudowy

Już wtedy jednak w oczy podróżników rzucała się zwartość zabudowy słowackich wsi - coś niespotykanego po polskiej stronie Karpat. Wsie oddzielone były od siebie pasami ziemi ornej lub pasmami wzgórz gdzie nie dochodziło - jak w Polsce - do dzikiego budownictwa i tworzenia na stokach górskich rozległych przysiółków, które z czasem wyodrębniały się w kolejne wsie.

Domy we wsiach stały jeden przy drugim tak, że stykały się nieraz dachami. Zabudowa wsi była wiec zwarta i uporządkowana do tego stopnia, że przypominały one niewielkie miasteczka. To co zwracało uwagę polskich podróżników określić należy jako czystość obejścia. Wieś słowacka była biedniejsza ale czystsza i bardziej uporządkowana od polskiej:

przyznać to trzeba otwarcie, zarówno obora, podwórze i sionka, jak i wnętrze izby, odznacza się nierównie większą schludnością i dbałością o porządek niż to bywa u nas - pisał Roman Zawiliński. Dodawał też, że nie zdarzało się - jak często bywało w Polsce - by trzymano bydło w izbie mieszkalnej i razem z nim sypiano!

Czy coś się w tym względzie zmieniło? Śmiem twierdzić, że nie. Zarówno jeśli chodzi o różnice w planowaniu przestrzennym jak i poczucie ogólnej schludności Polacy dalej pozostają w tyle...

Zajęcia ludności

Z racji trudnych warunków naturalnych aktywność gospodarcza Słowaków skupiała się na gospodarce hodowlanej. Do uprawy roli lud słowacki nie przykładał się ze szczególnym zamiłowaniem - notowali polscy przybysze. Trudno się było temu dziwić, skoro w wyżej położonych wsiach uprawiać można było jedynie owies i ziemniaki. Zarówno pszenica jak i żyto nie wschodziły, na co wpływ miały zarówno trudne warunki klimatyczne, glebowe, jak i ówczesne prymitywne techniki uprawy. W niektórych górskich okolicach ludność wcale nie znała chleba. W innych uprawiano nawet jęczmień lub len - ten ostatni szczególnie na Orawie, Liptowie i Spiszu.

W tych warunkach podstawowym zajęciem ludności pozostawało pasterstwo. Koszarowano owce w zagrodach tak aby nawoziły cały łan ziemi, stosując tym samym owczą trójpolówkę. Gospodarze mający większe pastwiska budowali na nich szałasy. Ci mniej zamożni łączyli siły oddając swe owce pod opiekę bacy, który wyruszał na hale wraz z redykiem wiosennym a wracał w końcu września.

Zimą, gdy zarówno na polu jak i na halach nie było już co robić Słowacy poświęcali na sen średnio 16 godzin dziennie. Słowacy mieszkający na południu, w pobliżu Bratysławy mogli umilać sobie przynajmniej ten czas przy winie z własnych winnic. Ci, którzy mieszkali jednak wśród gór (zdecydowana większość) musieli znajdować sobie w tym czasie inne rozrywki a pamiętać trzeba, że czytać nie umieli, drogi w górach na pół roku były zasypywane (główną atrakcją bywał pewnie koc dzieciorób).

Jadło i krzepa

Do wspólnego stołu przeciętna słowacka rodzina zasiadała zimą dwukrotnie a latem trzykrotnie w ciągu dnia (podczas robót polowych). Jadano z jednej misy. Rano i na podwieczorek spożywano najczęściej ziemniaki z zsiadłym mlekiem, kapustę, kaszę i zacierki z mlekiem. Kukurydzianą kaszę konsumowano jako gęstą, osoloną papkę lub z mlekiem. Czasem zastępowano ją kwaszoną kapustą, która uchodziła za przysmak.

Na Orawie podstawowym menu były ziemniaki i kapusta. Chleb zastępowały placki owsiane a mięso, jajka i masło jadano tylko w niedzielę. Więcej i lepiej konsumowano podczas ciężkiej pracy w polu lub lesie. Sprawdzało się znakomicie sytne danie jakim były haluszki z bryndzą, pierogi z bryndzą lub twarogiem. Przy tej okazji raczono się zazwczaj wódką palinką lub winem, pijąc z jednej butelki kolejno i nie używając kieliszka.

Na obszarze wschodniej Słowacji plagą był alkoholizm wśród dzieci, tam też powszechnie wytwarzano na własne potrzeby samogon. Polscy podróżnicy wysoko oceniali walory fizyczne Słowaków: siłę, zdrowie, zahartowanie, regularność rysów twarzy. Popularna była informacja jakoby najpiękniejsze Słowaczki mieszkały w komitacie turczańskim.

Obyczaje

Wysoko oceniano instynkty społeczne Słowaków. Podkreślano dobre stosunki sąsiedzkie panujące między nimi, wzajemny szacunek i wszechobecność chrześcijańskich tradycji. Gościnnośc Słowaków była nadzwyczajna, zawsze ofiarowywali gościowi możliwość noclegu a następnie zaopatrywali go na dalszą drogę. Słowackie rodziny pomagały sobie wzajemnie w pracy, odwiedzali chorych, licznie uczestniczyli w nabożeństwach. Pod szczytem niemal każdej chałupy umieszczana była jakaś święta figurka lub przynajmniej krucyfiks.

Ogniskiem życia towarzyskiego była jednak na słowackiej wsi karczma. W zasadzie spędzano tam obowiązkowo niedzielne popołudnie. Rola karczem i ich żydowskich dzierżawców była zresztą oceniana przez Polaków bardzo negatywnie. Liczba karczem osiągała czasem imponującą liczbę 5-6 na jedną wieś.

Po powrocie z karczmy podchmielona głowa rodziny wracała na swoje gospodarstwo. Miała tu olbrzymią władzę: to ojciec przydzielał zajęcia domownikom, wydawał córkę za mąż (nieraz już w wieku 14 lat, który to wiek na wzór średniowiecza uważano za próg pełnoletniości). Organizował 3-dniowe wesele i przygarniał pod swój dach synowe.

Majątku między synów z zasady nie dzielono, przychodzili z żonami mieszkać na ojcowe i respektowali jego przywództwo. Unikano w ten sposób dzielenia gruntów, które zepchnęło Galicję na skraj nędzy. Pożycie rodzinne było wzorowe, szacunek dla starszych był świętością i wszyscy młodsi domownicy zwracali się do głowy rodziny przez "wy".

niedziela, 07 listopada 2010
Ambrakadabra

Ambrowiec amerykański Liquidambar styraciflua

Niełatwo zobaczyć go w polskim parku. To jedno z najrzadziej spotykanych u nas drzew północnoamerykańskich pomimo, że do Europy sprowadzone zostało prawdopodobnie już w 1681 roku. Na swym rodzimym kontynencie występuje od Nowego Jorku po Florydę - wyłącznie na wschodnim wybrzeżu. U nas zwraca na siebie uwagę dopiero gdy większość drzew straci już listowie. Jest jednym z tych drzew, które szczycą się piękną polską nazwą gatunkową.

Cechy szczególne

Zwany bywa też ambrowcem balsamicznym, w swojej ojczyźnie (USA) znany jest jako Sweetgum lub Redgum. Osiąga tam przyzwoite rozmiary dorastając 45 metrów wysokości. W naszym klimacie przeistacza się w niewielkie drzewo parkowe o rozłożystej bądź stożkowatej koronie. W Ameryce Północnej bywa uciążliwy z powodu odrostów korzeniowych, tymczasem u nas - ze względu na ostrzejszy klimat - nie przejawia wcale tak niecnych tendencji. Pędy ozdabiane bywają korkowymi naroślami - na wzór naszego rodzimego wiązu polnego. Owocostany są niemal plagiatem platanowych kuleczek, którymi tak bardzo lubiłem bawić się w dzieciństwie. Są tylko bardziej wyrostkowate i wyglądają dzięki temu na mniej oswojone. Oddają tym samym różnicę między ambrowcem a platanem. Platan jest dość powszechnie rozpoznawany i coraz bardziej popularny w miastach.

Atut 1: drewno

Ambrowiec pozostaje drzewem kolekcjonerskim, rarytasem dostępnym dla wybranych. Kora głęboko bruzdowana ma wspaniałą fakturę i jest bardzo fotogeniczna. Drewno można określić jako twarde, ciężkie, zapachowe i bardzo cenione przez stolarzy. Ambrowce wprowadzono do uprawy w wielu krajach właśnie ze względu na właściwości drewna, które osiąga wysokie ceny rynkowe. Nie nadaje się jednak za bardzo do zastosowań zewnętrznych (podatne na gnicie). We wnętrzach znajduje natomiast szerokie zastosowanie, np. do wyrobu snobistycznych mebli gabinetowych. Czasem stosowane bywa nawet w zastępstwie hebanu!

Atut 2: żywica

Gumiasta balsamiczna żywica dała nazwę gatunkowi a w USA zwana jest płynnym bursztynem, ma przyjemny zapach. Niegdyś była produktem eksportowym o zastosowaniu leczniczym. Leczono nią rwę kulszową i inne choroby nerwowe. Palili ją - zmieszaną z tytoniem - cesarze Meksyku. We Francji była jednym ze składników służących do wyrobu perfum. Dodawano ją także jako substancję zapachową do gum do żucia. Jako guma do żucia używana była zresztą znacznie wcześniej przez plemię Czirokezów.

Ambrowiec

Atut 3: liście

Dla mnie najcenniejsze w ambrowcu są jednak liście. Nieco skórzaste a więc odporne na szkodniki, błyszczące a więc zdrowo wyglądające, w dodatku po roztarciu przyjemnie, słodko pachnące. Przypominają liście klonów, najbardziej podobne są do przerośniętych liści klona srebrzystego, w tym podobieństwie są jednak całkiem odmienne. Przybierać mogą kilka szablonów. W jednym z nich przypominają bardziej gwiazdki lub rozgwiazdy niż klonowe liście...

Jesienią tworzą prawdziwą paletę barw. Pod względem mnogości kolorów i odcieni na jakie mogą się przebarwiać jego liście, ambrowiec jest wśród drzew mogących wegetować w naszym klimacie rekordzistą. Wszystko zależy od nasłonecznienia, wilgotności, ekspozycji, temperatury, występowania/bądź nie przymrozków... Słowem jest to drzewo kapryśne jak bajkowa księżniczka. W zależności od humoru może przybierać barwy: brązową, żółtą, pomarańczową, czerwoną, purpurową a nawet fioletową. Takie hokus-pokus i ambrakadabra. Możliwe są oczywiście także wariacje pośrednie. Na jednym okazie mogą pojawić się wszystkie te barwy.

Obfotografowany egzemplarz rośnie w WPKiW im. gen. J. Ziętka w Chorzowie. W tym roku wybrał kostium złocisto-czerwony z zaledwie kilkoma fioletowymi i brązowymi wstawkami. Rok temu był caluśki brązowy a przymrozek spowodował, że liście opadły w kilka dni.

PS

WPKiW - największy park miejski w Polsce - porasta wg szacunków ponad milion sztuk drzew. W tej liczbie tylko jedna sztuka jest ambrowcem, ale nawet gdyby ambrowce rosły w parku aż dwa i tak byłyby niepowtarzalne :)

Drzew w parku jest niestety z miesiąca na miesiąc coraz mniej

środa, 03 listopada 2010
Z Andrychowa do Wadowic

Dane liczbowe i motywacje

Trasa: Andrychów Dworzec PKP 354 - Pańska Góra 435 - Przełęcz Pańska 385 - Biadasów - Kobylica (Gronie) 503 - Czuby 491 - Przełęcz Biadasowska 438 - Wapienica 531 - Przełęcz Siodełko 504 - Przykraźń - Panienka 522 - Kokocznik 512 - Kaczyna Za Wodą 396 - Bliźniaki (Giermotka) 564 (572) - Przełęcz Panczakiewicza 510 (502) - Łysa Góra 554 - Iłowiec 477 - Gorzeń Dolny - Gorzeń Górny - Zawadka - Wadowice Dworzec PKS

Data: 30 października 2010 roku

Czas przejścia: 7h 30'

Długość trasy: 21 km

Przewyższenie: 600 m

Warunki atmosferyczne: ciepło (14°C), bezchmurnie

Beskid Andrychowski to najczęstsze określenie wschodniej części Beskidu Małego, ongiś funkcjonowało także określenie Góry Zasolskie ale nie wytrzymało uzasadnionej krytyki. Najniższą częścią Beskidu Andrychowskiego jest pasmo rozciągające się między Andrychowem a Wadowicami, mające długość kilkunastu kilometrów ale osiągające w najwyższym punkcie wysokość zaledwie 564 (lub według innych źródeł 572) m n.p.m.

Własnie tym pasmem wiódł szlak naszej wędrówki. Ta rekreacyjna trasa "na pożegnanie jesieni" przebiegać miała po szlakach: zielonym, żółtym i czarnym. W obszar ten od dawna planowałem jakiś niezobowiązujący, relaksacyjny wypad. Przypuszczałem, że może tu być:

a) malowniczo

b) pusto i cicho

Połączenie tych dwóch cech bardzo mi odpowiada, a że trasa - choć przyzwoitej długości - pozbawiona była dużych przewyższeń, mogłem planować ten wypad z dziewczyną - bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia.

Opis trasy i zdjęcia

Spod zabytkowego dworca w Andrychowie wyruszyliśmy w stronę Pańskiej Góry wspinając się wśród przysiółkowej podmiejskiej zabudowy Andrychowa. Po przejściu na drugą stronę Pańskiej ukazał nam się bajkowy widok na wzgórze o nazwie Kobylica vel Gronie o regularnym stożkowym kształcie.

Kobylica to prawdziwa dominanta w pejzażu Biadasowa

Wraz z otwarciem się tego widoku wkroczyliśmy na obszar przysiółka wsi Zagórnik - Biadasowa. Widoki były po prostu sielankowe i skłaniały do przystawania celem utrwalenia ich na karcie pamięci.

Dalej szlak wspinał się na sam wierzchołek Kobylicy i wśród pięknego jodłowego lasu, przez niewielkie lecz strome kopczyki zwane Czubami schodził ku Przełęczy Biadasowej, okraszonej zabytkowym krycyfiksem pilnowanym przez dwóch wartowników w postaci dorodnych wiązów.

Z przełęczy szlak wspinał się głębokim wądrożem stokami Wapienicy i wiódł dalej grzbietem do kolejnego punktu sakralnego: kapliczki a raczej kapliczek usadowionych na grzbietowym zworniku, zwanym - na cześć patronki tych obiektów - Panienką.

Od tego miejsca szlak (już żółtego koloru) odmieniał znowu charakter, bowiem odcinek po długim ramieniu Kokocznika trawersował przez świetlistą jesienną buczynę i w takich klimatach, szurając nogami w grubej warstwie bukowych liści, dotarliśmy do przełomu rzeki Choczenki.

Z dna przełomu czekało nas najbardziej uciążliwe na całej trasie podejście - na Bliźniaki, czyli najwyższą górę całej trasy... Bliźniaki porosłe były także lasem bukowym a strome podejście prowadziło przez chwilę wąskodennym wądrożem a następnie doliną suchego potoku. Pierwszy z Bliźniaków (zgodnie z nazwą szczyt miał dwie kulminacje) miał małą polanę, drugi - bardziej efektowny i stromszy - pozbawiony był niestety widoków.

Dalej nasza trasa, niczym wykres funkcji, łączyła po drodze wszystkie punkty wysokościowe pasma. Północne jego stoki, dotąd bardzo strome, stały się łagodniejsze a ogólna wysokość grzbietu wyraźnie malała, tak że szlak wrowadzając na Iłowiec i dalej nie miał już górskiego charakteru. Przed zejściem do Gorzenia Dolnego otwarły się jednak widoki na efektowną brązowo-czerwonawą Jaroszowicką Górę (buki) upstrzoną łatkami żółtego (modrzewie) i zielonego (świerki) koloru.

Pod krzyżem kamień przypominający, że po tych ścieżkach papież chadzał bardzo często - to wszak rzut kamieniem od Wadowic

Ostatni odcinek prowadziłł osadami ludzkimi, po asfalcie. Dopadł nas zmierzch i do Wadowic doszliśmy już w nocnej scenerii. Za spacerowe tempo na początku musieliśmy zapłacić cenę w postaci godzinnego marznięcia w oczekiwaniu na autobus do Andrychowa. Niemniej było warto. Odcinek z Andrychowa aż po Bliźniaki jest bardzo ciekawy, dalsza część szlaku jest jednak mniej efektowna i nieco monotonna.

Małe jest piękne. Pasemko to leży jednocześnie bardzo blisko i bardzo daleko. Blisko miast takich jak Andrychów czy słynne Wadowice ale daleko jeśli chodzi o jego przystępność i popularność. Na całym ponad 20-kilometrowym odcinku spotkaliśmy jednego zbłąkanego turystę.