|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi do których zaglądam najczęściej
Dobra prognoza pogody
Fotograficznie
Geograficznie
Mapy i plany
Piłkarsko
Rowerowo
Spojrzenie z innej strony
Zabytkowo
Tagi
|
środa, 16 maja 2012
Jedyny taki kościół
Nie ma drugiego takiego. Są starsze, większe i wspanialsze, ale drugiego takiego nie ma. Co zatem wyróżnia kościół w Szańcu od innych? Droga gotyku do małopolskiej wioski W Szańcu znajduje się jedyna niezniszczona dwunawowa dwufilarowa gotycka świątynia w Polsce. Trochę skomplikowane? Zatem wyjaśnię: Dawno, dawno temu narodził się w Europie styl, który okazał się największym dokonaniem w architektonicznych dziejach tego kontynentu. Oparty był na idei oraz na obliczeniach matematycznych. Przede wszystkim był niemal w 100% wytworem wspaniałej epoki zwanej średniowieczem. Epoki która stworzyła podwaliny do przyszłej dominacji Europy nad resztą świata. Najwspanialszych budowli gotyckich reklamować nie trzeba - wyznaczały granicę ludzkich możliwości, były potężne i lekkie zarazem. Emanowały kolorami (polichromie, witraże), wystrzeliwały zuchwale ku niebu, rozbrzmiewały chorałami gregoriańskimi i bitewnym zgiełkiem. Były na wskroś oryginalne, europejskie. Wyrosły ze zmieszania starego z nowym. Choć ich twórcy pozostawali skromni i anonimowi, byli większymi wizjonerami od przereklamowanych mędrców renesansu. Nie odgrzewali starych (starożytnych) kotletów, stworzyli coś nowego. Jak każdy styl w dziejach sztuki, także gotyk nie ograniczał się do wiekopomnych, sztandarowych inwestycji. Był przede wszystkim stylem który miał zbłądzić pod strzechy. I zbłądził - zaraził wszystkie strzechy budowlane pozostające w kręgu oddziaływań kultury łacińskiej. Dotarł więc także na prowincję, opanował wszystkie nisze. Stał się sztuką użytkową. Dotarł na wieś, m.in. z dużym opóźnieniem (koniec XV w) do Szańca w Ziemi Wiślickiej (dziś powiat buski, woj. świętokrzyskie). Ostatni będą pierwszymi Cny Krzesław, kanclerz Królestwa i biskup kujawski, człek wywodzący się z niedalekich Kurozwęk postanowił zapisać się w dziejach wioski i ufundował kościół. Na pierwszy rzut oka był to typowy gotycki kościół. Wzorowany jednak na świątyniach fundowanych w okolicy przez Kazimierza Wielkiego (tzw. seria baryczkowska) - a te już zwykłe nie były. Zbudowano je ponad 100 lat wcześniej w rzadkiej w Europie dworskiej odmianie gotyku wywodzącej się z Francji. Niezwykłość wzmagał jeszcze fakt, że styl dworski zastosowano przy budowie kościołów miejskich. Nie znalazł on analogii nigdzie indziej w Polsce. Powstały pseudodwunawowe świątynie o pięknych żebrowanych sklepieniach z rzeźbionymi zwornikami : w Wiślicy, Stopnicy i Szydłowie. Po przeszło stu latach dołączył więc czwarty i ostatni obiekt tego typu - w Szańcu. Wzorowany na starszych świątyniach, otrzymał w dziejowej grze rolę jedynego, który przetrwał bez uszkodzeń pożogi wojenne. I wojna zrujnowała wiślicką kolegiatę, II wojna dosłownie zmiotła z powierzchni ziemi drugi najcenniejszy z tych obiektów - kościół w Stopnicy. Trzeci - też cenny - obiekt w Szydłowie również został zniszczony, runeło sklepienie (a więc najcenniejszy element każdego gotyckiego kościoła). Szaniec wyszedł z zawieruchy bez zadraśnięć. Dziś jest pierwszy na liście pseudodwunawowych gotyckich świątyń wielofilarowych (są jeszcze jednofilarowe, ale to inna historia). Pierwszy, bo jako jedyny jest dziełem w pełni oryginalnym. Architektura kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP Konsekrowano go w 1499 roku. W Szańcu kościół istniał już wcześniej, nic bliższego jednak o nim nie wiemy. Świątynia składa się z nawy oraz z węższego od niej prezbiterium. Jest opięta przyporami a szczyt fasady zachodniej jest blendowany. Od południa do nawy prowadzi charakterystyczny gotycki portal schodkowy z laskowaniem, takie rzadkie rozwiązanie nazywamy stylem długoszowym bowiem właśnie Jan Długosz stosował je na polskim gruncie jako pierwszy w swoich fundacjach. Korpus jest pseudodwunawowy i wyraźnie nawiązuje do okolicznych kościołów serii baryczkowskiej. Tworzy trójprzęsłową halę, wspartą na dwóch niezwykle smukłych ośmiobocznych filarach. Warto zwrócić na ten fakt uwagę, ukazuje bowiem jak na dłoni postęp techniki budowlanej. W tak niewielkim wnętrzu uzyskano wrażenie przestrzeni i strzelistości - o to właśnie chodziło. Na pierwszym planie arkada gotyckiej kaplicy z doskonale widocznymi, plastycznymi płaskorzeźbami tarcz herbowych. W kolorze wnętrze wygląda niestety mniej monumentalnie - wszystko przez kolorystykę. Kolegiata wiślicka była znacznie poważniejszą fundacją a jej przysadziste filary wyglądają przyciężko przy pełnych gracji szanieckich tyczkach. W zwornikach oraz w arkadzie tęczy umieszczono rzeźbione w kamieniu herby Poraj i Łabędź. Nad chóremmuzycznym znajduje się wyróżniający się pośród innych okien okrągły okulus przedzielony kamiennym krzyżem. Od północy do korpusu przylega kaplica, dwuprzęsłowa, otwarta do środka dwiema ostrołukowymi arkadami wspartymi na ośmiobocznym filarze. Pochodzi z czasów budowy kościoła. Prezbiterium jest wąskie i zaledwie jednoprzęsłowe, zamknięte wielobocznie. Od północy przylegają do prezbiterium zakrystia i skarbczyk. Do zakrystii wejście prowadzi przez portal ostrołukowy z ciekawymi, krzyżującymi się laskami. Także w tym portalu widoczne są wpływy stylu długoszowego. Przekrój poziomy kościoła w Szańcu: żeber brakuje tylko w zakrystii i składziku. Cała świątynia (z wyjątkiem XVI-wiecznej zakrystii) posiada wspaniałe sklepienia krzyżowo-żebrowe.
niedziela, 06 maja 2012
Górskie zmagania z upałem w tle
Zaplanowanie majówki w górach w sytuacji gdy prognozy pogody mówiły o śródziemnomorskich temperaturach było nakazem sumienia. W sobotę 28.04 wstałem więc sobie (bez budzika!) o godzinie trzeciej, o czwartej byłem już w pociągu a o szóstej wyruszałem na trasę. Dzień pierwszy. Najtrudniejszy odcinek na początek - 117 km - 1680 m przewyższenia Żywiec - Jeleśnia - Pewel Wielka - Hucisko - Lachowice - Stryszawa - Przełęcz Cicha 775 - Koszarawa - Krale - Zagrody - Buczki 670 - Przeł. Hucisko 561 - Pewel Wielka - Madeje 700 - Garlejów Groń 730 - Bąków 766 - Przełęcz Ślemieńska 601 - Ślemień - Przełęcz Pod Dębami 557 - Krzeszów - Żurawnica 724 - dolina pot. Ustrzyzna - Stryszawa Podjazd do wsi Hucisko z Kotliny Żywieckiej był bardzo upierdliwy, wysiłek wzmagał 24 kilogramowy ładunek na rowerze. Dzień obfitował w panoramy, szczególnie malowniczo było na grzbiecie Pasma Pewelskiego. Udało mi się zdobyć jego najwyższy punkt (Bąków) - wjechałem na niego rowerem mając opony typu 700x28C (kto wie o co chodzi na pewno doceni). Zjazd na Przełęcz Ślemieńską był wielce ryzykowny ale zjazd z Żurawnicy doliną potoku Ustrzyzna pozwolił mi rozpędzić się (bez tzw. dokręcania) do 73 km/h. Stwierdziłem, że muszę tu wrócić by pobić ten wynik (z mniejszym bagażem). Zważywszy na ilość podjazdów, jakość niektórych grzbietowych szutrów, wysoką temperaturę i obciążenie roweru - do dziś nie wierzę, że nabiłem aż taki dystans w tak dobrym czasie.
Dzień drugi. O tym jak wiatr pokrzyżował plany - 79 km - 1110 m przewyższenia Stryszawa - Maków Podhalański - Przełęcz Przysłop 602 - Koskowa Góra 868 - Skomielna czarna - Przełęcz Jabconiówka 653 - Maków Podhalański - Grzechynia - Biały Kamień 740 - Przełęcz Przysłop 661 - Stryszawa Przy bardzo silnym wietrze na grzbietach w połączeniu z 30-stopniową temperaturą w dolinach jechało mi się bardzo ciężko, bardzo dużo czasu spędziłem więc na Koskowej Górze (chłodzący wiatr i widoczność). Ten dzień miał wyglądać inaczej, znacznie bardziej ambitnie. Uznałem, że tak silny wiatr to klątwa, a któż słynie w regionie z rzucania klątwami? Ksiądz Natanek oczywiście! Tak oto wiatr zapłodnił mnie myślą o wizycie w Grzechyni. Wracając z Koskowej przez uroczą przełęcz Jabconiówkę (i przysiółek Goryle) skierowałem się przez Maków do jego twierdzy, czyli pustelni Niepokalanów. Tamże pełen profesjonalizm: tablice informacyjne, ostrzeżenia, herb II Rzeczypospolitej (ten obowiązujący przed 1937) no i wszechobecne hasła o Chrystusie - królu Polski. Dzień trzeci. Szlak czterech przełęczy - 116 km - 1600 m przewyższenia Stryszawa - Sucha Beskidzka - Budzów - Jachówka - Bieńkówka - Przełęcz Szklarska 601 - Trzebunia - Przełęcz Dział 601 - Więciórka - Tokarnia - Łetownia - Jordanów - Bystra - Sidzina - Przełęcz Zubrzycka 876 - Zubrzyca - Przełęcz Lipnicka (Krowiarki) 1012 - Zawoja - Przełęcz Przysłop 661 - Stryszawa Pejzaż zaczął się w ekspresowym tempie zazieleniać. Ja zaś zapragnąłem przenieść się w czasie do początku kwietnia, bo taką porę spodziewałem się zastać na wysokości tysiąca metrów - tak też było. Zanim jednak dostałem się na słynną przełęcz Krowiarki (najwyższą przełęcz z drogą asfaltową w polskich Karpatach) musiałem w dokuczliwym upale pokonać kilka innych przełęczy - taki już urok górskich tras. Zaszalałem zjeżdżając z Przełęczy Szklarskiej, bo łacha piachu na zakręcie mogła mnie spokojnie zabić. Wyciągnąłem 70 km/h i na szczęście w porę zacząłem hamować. Gdybym zrobił to jedną sekundę później kolejny sezon miałbym z głowy... Czego się jednak nie robi dla wiatru we włosach? Później czekała mnie ciekawa wspinaczka (pchanie roweru) na przełęcz Dział. Dostępną dla rowerów górskich, ale nie dla takich jak mój. Ta przełęcz jest wybitna topograficznie (oddziela masyw Kotonia od Koskowej), ale bardzo rzadko odwiedzana przez turystów. Dłuższy odpoczynek przy cennym drewnianym kościele w Łętowni okazał się niezbędny, bo podjazd na Przełęcz Zubrzycką był mozolny do obrzydliwości. Temperatura zrobiła się nieznośna, pociłem się tak bardzo, że co chwilę musiałem stawać by się trochę obetrzeć. Pot dosłownie zalewał mi oczy. W końcu jednak dotarłem na przełęcz i mogłem zjechać do Zubrzycy. Oczywiście celem tego zjazdu był kolejny podjazd - tym razem na przełęcz Krowiarki. Ten w porównaninu z poprzednim był wręcz dziecinnie prosty i z niedowierzaniem przyjąłem do wiadomości informację, że jestem już w punkcie docelowym. Ten odcinek nawet mnie nie zmęczył, ale miły chłód zachęcał do zjedzenia resztek zapasów przed wyruszeniem w długi, wspaniały zjazd do Zawoi. 16 kilometrów dzikiej rozkoszy ciągłego zjazdu po dobrym asfalcie przy niemal zerowym ruchu. To jedna z tych przyjemności za jaką nie zapłacicie kartą MasterCard. To jest bezcenne. Nawet nie szalałem z prędkościami, jechałem 40-50 km/h delektując się babiogórskim powietrzem. Na koniec czekała mnie przełęcz Przysłop, ale po tak długim wypoczynku na zjeździe "łyknąłem" ją na pełnym gazie. Dzień czwarty. Tańczący z szarakami - 102 km - 1350 m przewyższenia Stryszawa - Zembrzyce - Starowidz 537 - Chełm 602 - Skawinki - Lanckorona - Kalwaria Zebrzydowska - Wadowice - Gorzeń - Mucharz - Śleszowice - Przeł. Śleszowicka 428 - Krzeszów - dolina pot. Ustrzyzna - Stryszawa To był dzień pełen wrażeń. Chwile (kontrolowanej) grozy przeżyłem na górze Starowidz, gdzie zaatakowały mnie... zające. Po raz pierwszy było mi dane stać się obiektem pożądania samców. Chyba niewieścieję... Atak sunął za atakiem, z różnych stron, dopiero gniewny pomruk i bieg w jego stronę otrzeźwiał każdorazowo napastliwego gacha i zauważał on, że nie ma do czynienia z samicą, a tym bardziej z zajęczycą. Szalone samce były trzy i przez chwilę zastanawiałem się jak to będzie otrzymać soczystego kopa od zająca. Kopać to one potrafią bardzo boleśnie, potrafią nawzajem skopać się na śmierć. Poczułem lekki niepokój, mogły mnie przecież rozgryźć taktycznie, dobrze że to nie były wilki :) Chwilę na kontemplację miałem u stóp figury św. Onufrego (patrona podróżnych) na górze Chełm. Jest to miejsce niezwykłe i tylko dla tej XVI-wiecznej figury podjeżdżałem na ten długi, wypłaszczony i pozbawiony widoków grzbiet. Uwielbiam takie świątki, są bowiem wzorcowym przykładem zrośnięcia się dziedzictwa kulturowego z przyrodniczym. Rarytas dla każdego patrioty pejzażu. Potem był podjazd w morderczym upale do Lanckorony i ścieżkami kalwaryjskimi, wizyta w Wadowicach u Wojtyły, w Gorzeniu u Zegadłowicza i wreszcie pobicie mojego skromnego rekordu szybkości na rowerze; wynosi on teraz 81 km/h. Dokonałem tego tak jak sobie obiecałem - w dolinie potoku Ustrzyzna. Tak zakończył się dla mnie ten bardzo udany dzień, choć mógłby być mniej upalny. W Kalwarii byłem po raz któryś, ale zdenerwowały mnie tłumy (w połączeniu z upałem to coś strasznego) i cena za skorzystanie z kościelnej toalety. Ciekawe były też ceny noclegów bo nie świadczyły o chrześcijańskim miłosierdziu. Idylliczne majowe krajobrazy skłoniły mnie nawet do autoportretu z Przełęczą Śleszowicką. W końcu poza mną bywał tu też sławny nikczemnik, zbójnik Józef Baczyński.
Dzień piąty. Szybki powrót do domu - 105 km - 300 m przewyższenia Stryszawa - Sucha Beskidzka - Palcza - Przełęcz Sanguszki 480 - Sułkowice - Krzywaczka - Skawina - Tyniec - Kraków Wyruszając w trasę powrotną (niestety nie mogłem liczyć nie dłuższe wolne) miałem juz tylko 21 kg bagażu i zaledwie jedną, niską przełęcz do pokonania. Nie spełniły się moje nadzieje i dalej było słonecznie i gorąco a ja po zużyciu całych zapasów olejku do opalania dysponowałem zaledwie czymś zakupionym w "Biedronce" o poziomie ochrony równym liczbie 6. To był chyba główny powód, że już przed godziną 14 zjawiłem się w opactwie tynieckim a o godzinie 15 byłem na rynku w Krakowie. Tłum był niemiłosierny, ale dokleiłem się do jakiegoś obcokrajowca na wypożyczonym rowerze, który nieustannym dzwonieniem przepędzał pieszych turystów ze ścieżki rowerowej. W ten sposób sprawnie dostałem się w okolice dworca kolejowego. Kilka wniosków końcowych: - Dziennie pochłaniałem na trasie około 4 litrów płynów (zwykle starcza mi 1,5 litra) - Przejechałem niecałe 519 km w 5 dni, czyli w dolnej granicy przyzwoitości, ale olbrzymi wpływ na to miał upał (planowałem 600) - Już trzeciego dnia brakło mi olejku do opalania i nabawiłem się rozległych oparzeń - Beskid Makowski w maju to najlepszy (obok Beskidu Niskiego) z wyborów. - Zdecydowanie bardziej lubię zjazdy od podjazdów :) - Nie jestem typem rowerzysty-górala (wiem nie od dziś), ale dzięki takim górskim wypadom szybko można zrzucić kilka kilogramów - Tylko jeden raz ryzykowałem na zjeździe życiem (dowód na niezwykłą ostrożność) - W większości wymienionych miejsc byłem już pieszo lub samochodem, ale to nie to samo - Za noclegi zapłaciłem 12 zł za pokój z łazienką (nie zdradzę gdzie) - Liczę, że następny wypad zrobię na Orawę, Spisz i Podhale - Jak można żyć na nizinach (z dala od gór) i być szczęśliwym?
wtorek, 17 kwietnia 2012
Zagłębiowskie Mazury czyli trasa idealna
Z zasady unikam lub przynajmniej lekce sobie ważę rozmaite ścieżki/szlaki/trasy rowerowe. Jest tylko jeden wyjątek: trasa z Dąbrowy Górniczej do Siewierza - to kwintesencja tego jak powinna wyglądać ścieżka rowerowa. Zazwyczaj w naszym kraju stworzenie ścieżki rowerowej rozumie się jako czynność polegającą na pobazgraniu piktogramów rowerów i koloru szlaku na przydrożnych drzewach lub odmalowanie roweru na fragmencie istniejącego chodnika. Szczytem zaangażowania jest wydzielenie odróżniającego się kolorem pasa brukowanego betonową kostką chodnika lub stworzenie osobnej ścieżki z kostki betonowej. Te metody są powszechne znane, wyśmiewane w pismach rowerowych i... nic się generalnie nie zmienia. Nie zamierzam się tym zajmować - nie mój cyrk, nie moje małpy. Jest tak jak napisałem - nie mój problem bo ja ścieżek zasadniczo unikam. Nie tylko dlatego, że nazywanie tego ścieżkami to profanacja ojczystego języka, także dlatego, że bardzo nie lubię gdy ktoś narzuca mi trasę wycieczki. Od każdej zasady jest jednak wyjątek. Przyłapałem się na tym, że trasę tego wyjątku pokonałem już w tym roku czterokrotnie. Ot, zdarza mi się wracać z pracy nieco okrężną drogą. Zamiast 7 km wykręcam 70, 80, 100 km... Podświadomie planuję wtedy wypad tak by przynajmniej jakiś fragment jechać ścieżkami rowerowymi w Dąbrowie Górniczej. Dąbrowa Górnicza - sama nazwa jest równie bezsensowna jak całe to miasto. Zestawienie lasu dębowego z górnictwem jest wielce oryginalne. Dębowe miasto ma niby przeszło 100 tysięcy mieszkańców, ale niezwykle rozległy obszar. Niby najrozleglejsze miasto województwa a pod względem liczby mieszkańców zajmuje dopiero 11 miejsce. W granicach miasta jest nawet część Pustyni Błędowskiej, liczbę dzielnic prawdziwych i urojonych trudno jednoznacznie oszacować, a znaczna cześć z nich to wiochy zabite dechami. Niektóre mają swój własny klimat i są pięknie położone (Okradzionów, Trzebiesławice, Sikorka, Ujejsce); inne mają (Glinianki - od domostw mieszkańców, którzy pomieszkiwali w półziemiankach) lub miały (Tuczna Baba - dziś Tucznawa) kompromitujące nazwy. Zarazem jest tu też miejsce na hutę "Katowice", przemysłowego potwora o powierzchni 1000 ha, gdzie znajduje się bodajże 50 km wewnątrz-zakładowych dróg asfaltowych. Niemal nad centrum góruje sanktuarium św. Antoniego na Wzgórzu Gołonoskim - taka dąbrowska Jasna Góra, widoczna z daleka. Prawdziwa feria kontrastów. Właśnie dlatego jestem tym miastem od dawien dawna zachwycony. Jest tu mnóstwo osobliwości przyrodniczych, pięknych zakątków, większa część obszaru tego miasta to paradoksalnie idealna strefa ciszy, oaza spokoju. Dąbrowa Górnicza to perła Zagłębia. Apogeum tej pozytywnej dąbrowskości są właśnie tzw. "Zagłębiowskie Mazury". Brzmi śmiesznie? Niby tak, bo to tylko cztery sztuczne zbiorniki, ale woda w nich jest naprawdę czysta, infrastruktura - choć w weekendy tłumnie odwiedzana - jest przyjazna dla otoczenia. Generalnie jest to teren przeznaczony pod aktywny wypoczynek. Zakochać można się wręcz w tutejszym systemie ścieżek rowerowych - te wzdłuż jezior są asfaltowe, idealnie gładkie i wolne od ruchu samochodowego. Solidnie wykonany system tras rowerowych ciągnie się aż pod Siewierz. Prawdziwą perłą jest zbiornik Kuźnica Warężyńska zwany często niepoprawnie Pogorią IV. To obszar dawnej kopalni piasku zalany w 2005 roku. Zbiornik ma linię brzegową o długości 13 km, kilkanaście wysp, bardzo czystą wodę, oferuje piękne widoki na okoliczne wzgórza, utrzymane w czystości i gotowości miejsca piknikowe. Tafla wody położona jest na wysokości 264 m n.p.m. a górujące nad zbiornikiem wzgórze - Bukowa Góra ma 366 m n.p.m. Krajobraz jest więc bardziej niż na Mazurach wertykalny. Z brzegów widać też zresztą wspomnianą dąbrowską Jasną Górę. Pod Siewierzem ścieżki przybierają szutrowe oblicze, ale jest to szuter europejski, z krawężnikiem, idealnie równiutki i z kierunkowskazami, poprowadzony na przełaj przez pola. Coś pięknego. Można pokusić się o przedłużenie wycieczki do Kuźnicy Świętojańskiej i romańskiego kościoła pod wezwaniem - a jakże - św. Jana Chrzciciela. Niestety XVI-wieczna polichromia na południowej (zewnętrznej) ścianie kościoła całkiem już odpadła lub/i wyblakła. Ten obiekt to jednak temat-rzeka, niech więc płynie na razie w spokoju. W kolejce czekają inne atrakcje Siewierza - nieco odkurzony rynek, zabytkowe kościoły i ruiny zamku. Ruch samochodowy w centrum Siewierza jest dzięki obwodnicy znacznie mniejszy niż kiedyś. W zasadzie to jest bezruch ;) A powrót? Miłą przejażdżką przez Las Porębski (zielony szlak pieszy) dojechać można na stację w Łazach i zakupić tamże bilet dla siebie i roweru. Przyjemność z jazdy Flirtem/Elfem łączy się tutaj z szybkością dotarcia do Katowic, Chorzowa, Zabrza, Gliwic. Bilet na rower to koszt 4 zł. Cała reszta jest bezcenna. PS Oczywiście jutro planuję długą drogę z pracy do domu...
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Wolność słowa 406 lat temu
Wolność szlachecka oznaczała w Rzeczypospolitej także pełną wolność słowa. Dziś autor takich zarzutów - skierowanych choćby wobec wójta - miałby solidny proces i z pewnością by go przegrał. W dobie I Rzeczypospolitej najnędzniejszy szlachcic mógł jednak ośmieszać, obrażać i oczerniać bezkarnie dowolnego dygnitarza państwowego*, nie wyłączając króla, bożego pomazańca. Nieprawdopodobny był przede wszystkim rozkwit publicystki w dobie rokoszu Zebrzydowskiego. Ulotki, druki, broszurki, manifesty, ręczne odpisy na skrawkach papieru. Pisał każdy kto odczuwał taką potrzebę, jeśli miał dość środków drukował i kolportował. Objawiła się cała masa grafomanów, zaściankowców, pieniaczy. W walce na pióro brali jednak udział także najwięksi. Pisali ważni przedstawiciele obu zwaśnionych obozów, w tym sam Zebrzydowski. Pisał Piotr Skarga i Szymon Szymonowic. Liczne były także gorące i niewątpliwie szczere wezwania do zgody. Grupa neutralnych publicystów obawiających się wyniszczającej wojny domowej była w pierwszej fazie konfliktu bardzo liczna. Wszyscy mieli świadomość niezwykłości sytuacji. Swoje pięć minut miało także grono całkiem utalentowanych, choć anonimowych paszkwilantów, ot chociażby zaciekły rokoszanin, autor przeszło 300-wersowego utworu "Sumienie mówi" jaki powstał w pierwszej połowie 1606 roku. W swoim momentami całkiem zgrabnym wierszu ten szlachciura oskarża króla o wszystko, najgoręcej zaś o czyny, których tenże nigdy nie popełnił. Pisze do Zygmunta na "ty", zawsze z małej litery (pisownia całego tekstu jak w oryginale). Nie podaje jednak ani jednej recepty jak zaradzić złu, nie sugeruje ani jednej reformy. Dla niego przyczyną wszelkich klęsk jest król, po jego usunięciu nastąpi natychmiast okres szczęśliwości:
[...] Wiele panien zgubieło wieńce swej czystości, dogadzając za wziątek twej chciwej lubości. Udałeś się na żywot dziwnie rozpuszczony, wiedzą ludzie co czynisz na wsze strony. Tak żył Sardanapalus między niewiastami, Tak też Heliogabal bawieł się z dziewkami. [...] Lata twoje królewskie leda na czym trawisz. Twojemi zabawami żałośnie się sławisz. Sława nasza zdeptana za twym panowaniem. Rządzisz wrzkomo królestwem a tyś cieniem na niem. Za panowania twego wszytko się złe dzieje: mory, głody, rozterki, aż serce truchleje. Siedzisz jak malowany, cknisz sobie na sądzie, Namniej o sprawiedliwym nie myslisz nam rządzie. Nie dbasz o nasze dobro, swoje masz na pieczy. Nikczemnyś i nie służysz pospolitej rzeczy. Alchimijać na myśli, ogródków szczepienie, Rzeczy płonnych robienie i złota zlewanie. Nie na to cię wezwano, byś rzemiosło robieł, Albo jakie płochości z swą niesławą płodził; Ale abyś był królem, rząd dobry prowadząc, A królestwem zleconym świątobliwie rządząc Nieprzyjaciel koronne państwa szablą psuje, One strasznie, okrutnie, szkodliwie plondruje. Milionów trzydzieści wziąłeś do swej ręki, Podaliśmy w szafunek do twojej opieki. Na cóżeś je obrósił, coś nimi zbudował? Wieleś Koronie Polskiej za nie ratunku dał? Więcej na stronę, na marną zapłatę Marnych rzeczy szkodliwą, w skarbie masz utratę. Czujże się tedy królu: na cię narzekamy Tatarzyn nas zwojował, obrony nie mamy. Nie ojca z ciebie mamy, lecz ojczyma złego, Nic nam ojczyźnie naszej nie czynisz dobrego. Bój się Boga, na jego uważaj snać sądy, Wejrzy w swoje sumienie, w twe królewskie rządy, Godne na wszem przygany i pożałowania. Nie masz o nas żadnego pilnego starania Twój rząd jest wszystkim przykry, sobie to zeznamy, Pociechy z ciebie niemasz, wszyscy smętek mamy[...]
To oczywiście tylko drobne urywki tego pokaźnego tekstu. Autor oskarża najbardziej cnotliwego polskiego władcę o rozwiązłość, podaje nawet adresy i nazwiska rzekomych kochanek króla. Obwinia króla o wojny i klęski, gdy tymczasem pierwsze 20 lat rządów Zygmunta to niemal wyłącznie błogi pokój, drobne potyczki ze Szwedami toczą się na granicach i to dopiero po kilkunastu latach jego panowania. Oskarża o łapownictwo, zdradę stanu, zamach na wolności szlachty. Obarcza winą za najazdy tatarskie, tak jakby za poprzedników było inaczej. Wyśmiewa zainteresowania alchemią, grą w piłkę, malarstwem. Cóż napisać więc o innym anonimie, który choć mniej jest utalentowany, to równie bezczelny:
Pacierz do Króla Jegomości
Ojcze nasz, królu polski, który mieszkasz w Warszawie U nas w niedobrej sławie! Święć się w Szwecyej imię twoje, Gdzie są z dawna twe pokoje. Przydź do królestwa twego szwedzkiego, A zaniechaj polskiego i księstwa litewskiego. Bądź wola twoja w Wandalech, jako pierwej była Gdzieś dobrych śledzi miał obfitość siła. Chleba naszego powszedniego zbawiłeś nas za panowania swego I nie wódz nas na pokuszenie na wojnę z Szwedami Bo jej dla ciebie doma dość mamy Ale nas zbaw ode wszego złego A sam idź prędko do Boga wszechmogącego Albowiem twoja moc nad nami Lepiej, niż radzić o nas z Jezuitami. Amen
Oto prawdziwa erupcja narodowego szowinizmu, autor wyśmiewa szwedzkie pochodzenie króla. jak ze Szwecji to wiadomo, że śledziojad-barbarzyńca. Na koniec bez ogródek życzy mu śmierci. Zadziwiające jak łatwo mu to przychodzi. Zarzuca królowi wciągnięcie Rzeczypospolitej w wojnę ze Szwecją. Co ciekawe tym podobne argumenty zaważyły na bardzo negatywnym wizerunku Zygmunta III w polskiej historiografii. Odnoszę wrażenie, że autor tej broszurki był z siebie bardzo zadowolony pomimo, że pomysł nie był oryginalny a jego wykonanie słabiutkie. Gdzieś w tle rozlega się chichot historii. Ciężko będzie wskazać wśród następców Zygmunta III lepszych od niego. Może to nie król był taki słaby tylko naród szlachecki do bani? W kilkuset pismach tego typu nie znalazłem ani jednej konkretnej propozycji reform, zero innowacyjności, powszechna wśród rokoszan niechęć do zmian. Tymczasem to oni domagali się "poprawy Rzeczypospolitej". Chodziło im jednak wyłącznie o przestrzeganie dawnych praw, odkurzenie gmachu państwowego, w żadnym wypadku nie mieli na myśli epokowych reform czy chociażby niezbędnych zmian. Najbardziej przeraża fakt, że za swych patronów w dziele odbudowy państwa uważali "świętego" Stanisława oraz "Zbyszka" Oleśnickiego; czyli ludzi którzy najbardziej przyczynili się do upadku autorytetu władzy zwierzchniej. Mało tego, obu można śmiało nazwać zdrajcami. Jaki naród tacy bohaterowie?
* Możliwość bezkarnego obrażania dygnitarzy wraz z okrzepnięciem oligarchii magnackiej i zmniejszeniem aktywności politycznej szlachty (już od połowy XVII wieku) znacznie zmalała...
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Czas wracać na rower
W miesiącu boga wojny (Marsa) nie zdarzyło mi się udzielać na blogu. Zapewne z racji wielu wyjazdów służbowych i szkoleń. Ostatni wpis zakończyłem jednak zobowiązującym hasłem "byle do wiosny, czas wracać na rower"... Przez cały luty negocjowałem sobie cenę mojego nowego dwukołowca. Negocjacje zakończyły się sukcesem. W tym roku będę miał do dyspozycji aż trzy egzemplarze/wcielenia jednego z największych wynalazków człowieka - roweru. Z racji zróżnicowanego wieku te zacne sprzęty pozwalają na wgląd w chronologię postępu technologicznego przełomu wieków (roczniki 1995, 2007, 2012). Najstarszy w tej stawce jest czeski weteran pamiętający pierwsze większe eskapady licealne i pierwszą magiczną "setkę". Stary treking Olprana jest moim rowerem rezerwowym w dojazdach do pracy w słotne dni. Dożywa swoich dni z godnością, zimą trochę przy nim majstrowałem i jeszcze tysiąc - dwa tysiące kilometrów powinien przejechać. Drugi w kolejności chronologicznej to ciągle jeszcze kompletowany rower wyprawowy o wyporności każdego z kół na poziomie prawie 150 kg. Przekształcam go z polskiego crossa marki nomen-omen Kross. Zdjęcia nie zamieszczę, bo czekam na efekt finalny (akcesoria, akcesoria). Trzeci zaś to maszyna do zadań specjalnych. Pochłaniacz kilometrów przystosowany do długich samotnych eskapad (wzmocnione obręcze i ciężke choć wąskie nieprzebijalne i legendarne opony Schwalbe Marathon). Formalnie jest Bawarczykiem, ale wszystkie istotne części produkowano w Indochinach... Najtańszy szosowy model zyskującej coraz większe uznanie marki Haibike ujął mnie praktycznością. Silne obręcze, sztywna i lekka rama, jednorodny napęd i atrakcyjna cena. Myślałem nawet nad znacznie droższymi modelami, ale we wszystkich bez wyjątku musiałbym wymieniać obręcze (14-24 szprychy) na takie, które dają radę na polskich drogach. Po przejechaniu pierwszych 200 km stwierdzam, że obsesja na punkcie wytrzymałości kół nie była bezzasadna; oj nie! Nie zamierzam kupować przynajmniej do końca października choćby jednego bileciku sygnowanego podpisem KZK GOP. Bojkot nie dotyczy oczywiście innych przewoźników, szczególnie kolei. Spieszę się kochać spółkę Regio bo wiele wskazuje na to, że długo nie będzie już obecna w województwie śląskim. Oby znów ruszyli z promocją "kolej na rower". Polecam każdemu. Jeśli ktoś z czytających te słowa jeździ czasem pociągiem na linii Bukowno-Sosnowiec-Katowice-Tychy (w różnych wariantach) być może będzie miał szczęście i spotka pewnego konduktora. Pan jest przeciwieństwem tramwajowego/autobusowego kanara. Nie muszę chyba dodawać, że świadczy to na jego korzyść. Takiej pogody ducha i życzliwości wobec pasażera ze świecą szukać nawet wśród konduktorów PKP, których oceniam bardzo pozytywnie (z nielicznymi tylko wyjątkami). PS Gdzie ta wiosna? |