| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Ciekawe blogi
Dobra prognoza
Fotograficznie
Geograficznie
Mapy i plany
Rowerowo
Z innej strony
Zabytkowo
piątek, 16 września 2016
Zderzenie cywilizacji

Rozkład jazdy, wioska w Alpach Sarntalskich, region hist.: Tyrol Południowy, kraj: Włochy

Rozkład jazdy, wioska w woj. mazowieckim, region hist.: Podlasie, kraj: Polska

czwartek, 08 września 2016
TdP 2.0 - dzień 1 - Ruszyła maszyna przyciężka w upale

 To był czyn głęboko niemoralny. Wyruszałem w pewną czerwcową sobotę, gdy kadrowicze Nawałki mieli grać w 1/8 Euro 2016. Zakładałem, że mecz obejrzę sobie wygodnie w jakimś pubie, pizzerii czy gdziekolwiek w Niemodlinie. Wzgardziłem klimatyzowaną strefą kibica w Tułowicach i miałem tego żałować bo ostatecznie Niemodlin okazał się dziurą zabitą dechami, zaś w Lewinie Brzeskim wysłuchałem jedynie relacji radiowej w miejscowej pizzerii. Na rynku żywego ducha, wszyscy w domach, przed telewizorami. Konkurs rzutów karnych przeżywałem na uliczkach Lewina, licząc wybuchy entuzjazmu pobrzmiewające przez szyby zamkniętych zazwyczaj i przysłoniętych okien (upał był niemiłosierny). To było niepowtarzalne uczucie. Z perspektywy czasu nie żałuję. Ta atmosfera totalnie wymarłego miasteczka wstrząsanego nagłymi wybuchami radości była kapitalna. Decyzja by nie katować się wynikiem rzutów karnych przez radio w pizzerii (choć panie z obsługi były żywo zasłuchane) była jak najbardziej słuszna. 


 Zanim wyruszyłem tego dnia w trasę zgotowałem sobie dwa tygodnie gonitwy. Otóż po raz pierwszy użyczałem komuś mieszkanie. Samemu musiałem zniknąć, zdecydowałem zatem powtórzyć mój Tour de Pologne. Tym razem świadomie, z misją dopełnienia ubytków trasy z 2014 r. Tradycyjnie zacząłem od pociągu, bo przejazd przez wioski w których jestem na rowerze kilka/kilkanaście razy w roku (w znacznie ciekawszych porach tegoż roku) mnie po prostu nie pociągał. W nowoczesnym szynobusie na linii Gliwice-Kędzierzyn dowiedziałem się, że startuję w 177 dzień roku. Wysiadłem w Kędzierzynie i celem nr 1 były Walce. W kolekcji gmin gdzie byłem na rowerze wciąż była białą plamą. To wstyd o tyle istotny, że mam tam nawet odległych krewniaków. Sama wieś Walce/Walzen jest dwujęzyczna i jak wszystkie miejscowości Śląska Opolskiego o takiej charakterystyce, bardzo zadbana. Musiałem zresztą jechać do niej drogą okrężną, z powodu remontu tej najkrótszej. Tym sposobem zahaczyłem nawet o Krapkowice. Kolejnym celem był jednak dla mnie cmentarz jeniecki w Łambinowicach. To miejsce ze wszech miar niezwykłe. Za pierwszym razem zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie, co istotne, za drugim było identycznie. Obowiązkowy punkt wycieczek dla mieszkańców Górnego Śląska. 

 Dopiero z Łambinowic skierowałem się do Niemodlina, gdzie pomimo 3 lokali gastronomicznych nie zaznałem śladów zainteresowania Euro. Przez Szydłowiec Śląski wyruszyłem zatem w morderczym upale do Lewina. Miasto to ładne a wrażenia związane z przeżywaniem turnieju już opisałem. Kolejne na liście były zabytki okolic Brzegu, z Małujowicami na czele. Dotarłem tam przez rozległą strefę przemysłową w Skarbimierzu. Te rozgrzane asfalty i brak cienia mimo wieczorowej pory bardzo dokuczały. 

 Ostatnim wyzwaniem było znalezienie noclegu. Udało mi się to dość gładko. Wybrałem okolice stawu rybnego położonego nieopodal Częstocic, upewniwszy się wcześniej czy nie ma tu monitoringu... Działka miała zakazy kąpieli i połowu ryb, nie było jednak ogrodzenia i zakazu wstępu co wziąłem za dobrą monetę. Wybór okazał się trafny, czekał mnie zasłużony odpoczynek po przejechaniu 158 km w temperaturze oscylującej w okolicach 35 stopni w cieniu. Temperatura w najchłodniejszym momencie nocy spadła do wartości 23,1.  

poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Rowerowe lato 2016

   Najpierw był ponowny przejazd dookoła Polski. Fatalna zawyczaj pogoda, na tyle fatalna, że wycofanie się 86 kolarzy na karpackim etapie TdP odwiodło mnie od pomysłu powrotu z całym bagażem przez nasze najważniejsze góry. Kilka dni poźniej odbiłem sobie to rajdem na Podhale. Jak widać celem było uzupełnienie trasy z 2014 roku. Obie pętle ładnie się uzupełniają. Tym razem nie unikałem dużych miast. Przejechałem wzdłuż takie miasta jak Szczecin, Gdańsk czy Elbląg. Obrałem za cel inne punkty skrajne (w 2014 były to trzy cyple decydyjące o rozciągłości geograficznej Polski tj. Zosin, Rozewie i Osinów): Bogatynię, Nowe Warpno, Krynicę Morską, Puńsk i Białowieżę.

   Na dokładkę dorzuciłem jeszcze 3 dni po przyjeździe Zakopane... Naciągane to trochę, ale warunki atmosferyczne miałem niemal cały czas fatalne, więc ulewnej końcówki nie zamierzałem wzmacniać cierpieniem w Karpatach. Bo niestety szans na jakikolwiek inny scenariusz nie było. W Przeworsku się poddałem, dzięki czemu miałem okazję zwiedzić po raz pierwszy centrum Rzeszowa i zaliczyć to miasto na rowerze...

  Jechałem na odwrót niż w 2014 r., tj. z zachodu na wschód, no i w ciągłym niemal zachmurzeniu (w 2014 niemal cały czas upał i słońce). Razem 2960 km + 248 km rajdu podhalańskiego. Byłem też 5 dni stacjonarnie na Podlasiu (baza w Dubiczach Cerkiewnych), ale z racji niesakwiarskiego charakteru nie wliczam tego pobytu do sumy kilometrów. Miałem jednak dzięki temu czas na smakowanie Podlasia: szlaku otwartych okiennic, Puszczy Białowieskej, białoruskich prawosławnych cerkiewek itp. klimatów. Niby już na tym Podlasiu byłem dwa razy (samochodowo i rowerowo), ale dopiero teraz mam poczucie pełnego poznania. 

  Ponieważ lubię monografie, drugim odgrzewanym kotletem był rajd przez Alpy, tym razem tylko przez Alpy Wschodnie. Doskwierało mi, że rok temu musiałem potraktować je skrótowo uciekając przed wielkim niżem. Tym razem nie było klasycznego niżu, był za to górski ekstremizm pogodowy. Temperatury od 0 do 43 stopni, od palącego słońca i gwałtownych ulew, przez całodzienne sznury wody lecące z nieba, po śnieg, który dwukrotnie pokrzyżował mi plany.  Całą pierwszą część trasy miałem wywróconą do góry nogami, warunki pogodowe uniemożliwiły mi realizację wszystkich - jeden po drugim - ambitnych planów. Alpy pokazały swoje drugie oblicze. Rok temu generalne miałem spokojną i stabilną pogodę, bo nawet niż jaki dał mi popalić w końcówce był stabilną formą pogody. Tym razem walczyłem wyłącznie z frontami burzowymi, których gwałtowność dwukrotnie objawiła się śniegiem na graniach i arktycznymi temperaturami w dolinach, huraganowym wiatrem na przełęczach i przejmującą wilgotnością powietrza. Nieszczęścia nie dotyczyły tylko pogody, dość powiedzieć że 30 lipca byłem już na pokładzie samolotu, ale w Alpy dotarłem ostatecznie z 4-dniowym opóźnieniem, w dodatku autobusem...  

 Moją podstawową releksją jest ulga, że mam to za sobą. Dopiero potem przebija się satysfakcja, że dwa takie rajdy udało mi się zrealizować na przestrzeni niespełna dwóch miesięcy. To w końcu ponad 4.5 tysiąca kilometrów o własnych siłach, cały czas z pokaźnym bagażem na tylnym kole. Efektem jest także pobicie - jeszcze w sierpniu! - rekordu ilości kilometrów w roku. Na dzień dzisiejszy jest to 13257.55 km a zakładam naiwnie, że sporo kilometrów jeszcze przede mną, no i że limit nieszczęść na ten rok wyczerpałem definitywnie.

 W każdym razie główny cel brzmi tak samo: "16 000 km w 2016 roku". Oczywiście wyłącznie o rowerowe kilometry chodzi :)

środa, 22 czerwca 2016
Nieopodal Wiślicy

Dawne wiślickie przedmieście św. Wawrzyńca. Pierwotnie miejsce lokacji miasta Wiślicy (spór własnościowy księcia z Kościołem). Dziś jest to osobna wieś Gorysławice, niewiele mniej ludna od stolicy gminy.

Tuż przy drodze do Wiślicy posadowiono tu, na litej skale bez fundamentów, typowo ponidziański kościółek. Jest malowniczy, kamienny i stary - spełnia wszystkie nadnidziańskie kryteria. Jest też niemal stale zamknięty, bo parafialnym kościołem Gorysławic jest od przeszło 200 lat obszerna wiślicka kolegiata. Kościół św. Wawrzyńca pozostaje w głębokiej rezerwie, jako filialny. Jest nieco zaniedbany i rzadko otwierany. Opisuję jednak kościółek na Ponidziu, jest więc oczywiste, że do środka warto zajrzeć. 

Powstał w 1535 r. i pomimo daty budowy ma charakter gotycki z niewielką tylko domieszką renesansu. Jest tu piękne sklepienie sieciowe z typowymi dla Ponidzia rzeźbionymi zwornikami, są fragmenty późnogotyckich polichromii, są też gotyckie rzeźby i kropielnice oraz 3 barokowe ołtarzyki (główny jest wczesnobarokowy) i barokowa ambona. Jest gotycko-renesansowy portal do zakrystii i wczesnobarokowy portal zachodni. Całkiem sporo jak na tak maleńki, filialny kościółek. 

Wnętrze jest nieco przykurzone, ale autentyczne. Nikt tu niczego na siłę nie poprawiał i nie upiększał. Czuje się tu dziejowy kurz historii i takie wnętrza lubię najbardziej.

Niezwykłą cechą łuku tęczowego jest zaznaczony ośli grzbiet. Figury na belce tęczowej są gotyckie.

________________________________________________________

Zbliża się znowu ta chwila porzucenia osiadłego trybu życia. Zatem moja absencja będzie usprawiedliwiona. Pozostawiam Was na Ponidziu, bo właśnie tutaj przez 17 lat spędzałem długie czerwcowe dni. Tu też wyruszyłem na pierwszą samodzielną "wyprawę" w nieznane. 

niedziela, 19 czerwca 2016
Poranna Piotrkowska na rowerze

Łódź, około godziny 5 rano, czerwcowa niedziela. Wymarzony moment na rowerową przejażdżkę najwspanialszą miejską ulicą w Polsce i przy okazji najdłuższym traktem handlowym Europy. Ulica totalnie opustoszała, jedynie po horyzont ciągnęły się kamienice. Na jej cześć miasto włókniarzy powinno się nazywać miastem osi - bo Piotrkowska jest osią sprawczą, kompozycyjnym kręgosłupem, tętnicą i linią życia zarazem.

Zaryzykuje stwierdzenie, że ta monumentalna ulica najlepiej prezentuje się właśnie pusta, bo miejski zgiełk zagłusza nieco jej majestat. Oczywiście jest to paradoks, bo dla ludzi i tego zgiełku została stworzona. Nie mogę się nadziwić, że o tej porze ulica stworzona do celów skrajnie przyziemnych (komunikacji, handlu) wydaje się unosić ponad doczesnością. Takich wrażeń się nie spodziewałem, może to efekt wcześniejszej drzemki na przystanku położonym wśród usypiska butelek po tanich winach, gdzie odwiedziło mnie dwóch lokalnych twórców tego pejzażu w stanie mocno wskazującym. Dzień wcześniej wracając rowerem z Ciechanowa zabawiłem trochę za długo w Płocku (byłem po raz pierwszy) i postanowiłem około północy trochę zresetować organizm (nieco na południe od geometrycznego środka Polski). Skończyło się na nocnych Polaków rozmowach, przebiegających w zadziwiająco przyjaznej atmosferze. I właśnie dlatego podróż rowerem jest jedyna w swoim rodzaju :)


17:10, stradovius
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33