button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Rowerowe podsumowanie roku 2018

Był to rok parzysty. Od dawna lata parzyste są dla mnie szczęśliwe. Dobra passa została utrzymana. Był to też rok jubileuszowy. 100. rocznicę odzyskania niepodległości obchodziła Polska. Takie same rocznice obchodziły Czechy czy Litwa. Z kolei Łotwa i Estonia świętowały 100. rocznicę uzyskania niepodległości. Tymczasem na moich tegorocznych planach głęboki cień rzucał annus horribilis 2017. Wtedy nie wychodziło mi nic: w lutym i marcu potężne problemy z zatokami, w kwietniu problemy z kolanami (przetrenowanie), w lipcu jazda w ciągłym deszczu (W północnej Polsce najzimniejszy i najwilgotniejszy lipiec od 13 lat) i chłodzie. Gdy zaś prognozy wskazywały pogodowy zwrot akcji, to właśnie wtedy wypadałem razem z rowerem z pociągu...

Na Płaskowyżu Twardowickim (Sączów) - marzec i czerwiec

 Wspominam traumę roku ubiegłego, bo stała się ona zaczynem tegorocznych rekordów. Ponieważ lubię kończyć niedokończone inicjatywy, priorytet narzucał się sam: z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości powróciłem do - tak nagle przerwanego - dzieła poznawania gmin polskich na rowerze. Ostatniego wpisu w kolekcji dokonałem 15 lipca - było więc uroczyście (w samym Grunwaldzie byłem na rowerze w 2015 roku) i rocznicowo. Ostatnią gminą i zarazem ostatnim polskim miastem w mojej kolekcji okazał się być Wasilków. Tym samym prawie 4 lata rajdów rowerowych planowanych pod tym kątem dobiegły końca. Całą inicjatywę zamieniłbym na poznaj gminę i wyrzuciłbym kilkadziesiąt gmin beznadziejne wręcz nieciekawych turystycznie. Tylko czy wtedy moja rowerowa stopa odcisnęłaby się np. w zacnym mieście Chociwel? Myślę, że wątpię. 

 Pożytki płynące z gminobrania są najlepiej widoczne w moim tegorocznym zimowym rajdzie po Wielkopolsce. Planując trasę doszedłem do wniosku, że na Wielkopolskę szkoda wiosny. Brzmi to źle, ale mam na myśli tę  pejzażową nieciekawość powierzchni płaskich, w dodatku intensywnie użytkowanych rolniczo. Czy gdybym nie kolekcjonował tak zawzięcie gmin naszych ojczystych, to w pełni swoich przytomnych sił wpadłbym na coś podobnego? Tymczasem na przełomie stycznia i lutego Wielkopolska okazała się być zimową krainą łagodności (brak śniegu) oraz mekką rowerzystów. Dopiero mijając setki rowerzystów po wsiach, w środku kalendarzowej zimy, uświadomiłem sobie, że sondaż OBOP-u nie przekłamuje rzeczywistości. Większość użytkowników rowerów mieszka na wsi! 

Góra św. Doroty - kwiecień i grudzień

 Następne połacie płaskie jak deska (Mazowsze) postanowiłem ujarzmić w apogeum zieloności, czyli czerwcu. Znowu był to strzał w dziesiątkę. Dni były wówczas absurdalnie długie, przewyższenia humorystycznie nikłe a pogoda niczym na Lazurowym Wybrzeżu. To musiało skutkować rekordowymi średnimi. Uczciwie muszę przyznać, że pomógł mi bardzo w tych wyczynach Brok, gdzie miałem przez kilka dni bazę wypadową (i łazienkę w pokoju!). Pomiędzy tymi monografiami rowerowymi, odbyłem też kilkudniowe wypady na Dolny Śląsk (baza w Świdnicy) oraz w Lubelskie (baza w Grabowcu), gdzie wreszcie dotarłem do najstarszej polskiej piramidy (Krynica pod Krasnymstawem). Ten najbardziej wyjątkowy symbol reformacji na ziemiach polskich miałem osiągnąć rok wcześniej... 

 Wspaniały, kwietniowy, dwudniowy rajd do Przemyśla (i muzeum w Markowej) także zawdzięczam kolekcjonowaniu gmin (oraz niedokończeniu pętli w roku 2017). Podobnie zresztą jak jedyny w tym roku rajd powyżej 300 km. Dość egzotycznym celem była w tym przypadku Zduńska Wola, dotychczas omijana przeze mnie szerokim łukiem. Miasto okazało się całkiem przyjemne, pogoda była wspaniała a cały rajd wyjątkowo udany.

Kolekcjonowaniu gmin zawdzięczam także pomysł odwiedzenia państw bałtyckich. Brakujące gminy ułożyły się w naturalna trasę, której zakończenie przypadało na Podlasiu. Łuk białych plan na mapie gmin rozpoczynał się na Kujawach (okolice Gniewkowa i Bydgoszczy), przebiegał przez okolice Olsztyna, zanikał i pojawiał się znów w rejonie Ełku i Białegostoku. Taką trasą zmierzałem też na Podlasie a stamtąd wypuściłem się nad Zatokę Fińską.

Pribaltika na rowerze to było dla mnie nowe doświadczenie. Nigdy wcześniej nie jechałem tak długo bez korzystania z kempingu, czy choćby prysznica (nie licząc tego z butelki). Towarzyszyły mi rozległe przestrzenie i bujna przyroda. Nigdy nie jechałem tak długich dystansów szutrami; no i nie spodziewałem się, że tego typu nawierzchnia pozbawi mnie bieżnika w nowiutkich oponach Schwalbe Marathon już po zaledwie 2 tysiącach kilometrów (w serwisie rowerowym byli przekonani, że jechałem po pumeksie).

Z kolei długie dnie, dobre nawierzchnie i niewielkie przewyższenia pozwoliły mi na ustanowienie nowego rekordu jednodniowej jazdy na obczyźnie. Ten rekord wynosi aktualnie 235 km; jechałem z Kłajpedy, w górę Niemna, aż po okolice Kowna. Wszystko to z sakwami oraz w towarzystwie malowniczej doliny rzeki, drewnianych kościołów, zamków i grodzisk. 

Boczna droga do Golczowic, jakże często tu bywam. Jura sielska - moja ulubiona.

Ten sam motyw w różnych momentach - październik i grudzień

 Na jesieni nie porywałem się już na wielodniówki, dominowały wycieczki na lekko, często z wykorzystaniem kolei. Już w połowie sierpnia osiągnąłem 100 tras powyżej 100 km długości (taki był pierwotny cel: 100 setek na stulecie). Ostatecznie zakończyłem rok z kwotą 121 wycieczek przeszło 100-kilometrowych. Niewiele zabrakło by upamiętnić statystycznie 123 lata zaborów... 

 Reasumując, w roku jubileuszowym postawiłem na ilość. Chciałem po raz pierwszy odbyć w ciągu roku przynajmniej sto wypadów powyżej 100 km. Chciałem też osiągnąć po raz pierwszy (i ostatni) 20 000 km. Głównym celem było oczywiście uzbieranie kompletu gmin polskich. Wszystkie te cele zrealizowałem: dwa pierwsze nawet z dużym zapasem. Przekroczenie założeń wynika wyłącznie z kapitalnej tegorocznej pogody. Aura wyraźnie nie sprzyjała rowerzystom wyłącznie w drugiej połowie października, drugiej połowie listopada i obecnie, pod koniec grudnia. Nie pamiętam tak korzystnego meteorologicznie roku.


STATYSTYKI

Odbyłem łącznie 315 wycieczek (najkrótsze miały poniżej 10 km):

121 razy powyżej 100 km,

22 razy powyżej 200 km,

1 raz powyżej 300 km.

 

Wypady wielodniowe:

Kraje bałtyckie (30 dni, 4989 km)

Mazowsze (13 dni, 2534 km!)

Zimowa Wielkopolska (8 dni, 952 km)

Podlasie (4 dni, 430 km)

Wiosenne Lubelskie (4 dni, 878 km!)

Dolny Śląsk (3 dni, 413 km)

Sierpniowa Małopolska (3 dni, 556 km)

Trójkąt włoszczowski (3 dni, 564.57 km)

Wypad w Podkarpackie (2 dni, 385 km)

Śląsk Opolski (2 dni, 261 km)


Spędziłem na rowerze 1230 h i 58'. To oznacza przeszło 51 pełnych dni (dób), czyli kosmiczne 14 % całego czasu w roku 2018.

Przejechałem 24 491 km: najmniej w grudniu (587 km), najwięcej w lipcu (4053 km). Przewyższenie wyniosło 125 846 metrów, czyli mniej niż w roku 2016!


Taki to był rok. Statystycznie imponujący. Galeria symbolizująca te 313 (edit: 315) aktywności na 313 zdjęciach znajduje się tutaj

piątek, 28 grudnia 2018, stradovius

Polecane wpisy

Komentarze
2018/12/29 22:18:22
Gratulacje!
-
2018/12/30 19:45:33
Dzięki! Wszystko mi się w tym roku udało, z prawdziwym niepokojem patrzę na nadchodzący rok 2019...
-
2018/12/30 23:44:39
Szacun!
-
2018/12/31 21:09:38
Jeszcze poprawiłem ten wynik o 87 km :)