button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
Blog > Komentarze do wpisu
TdP 2.0 - dzień 11 - Pomorze Gdańskie

W zróżnicowanym gatunkowo kaszubskim lesie zdołałem znaleźć wieczorem kilka sosen i w takim towarzystwie witałem kolejny dzień. To miał być mój jedyny poranek na Kaszubach, następny powinien wypaść gdzieś na Mierzei Wiślanej. Czekał mnie przejazd przez Trójmiasto, ale pierwszym na liście miast był Lębork.

Niedzielny wakacyjny poranek sprawił, że całe miasto miałem dla siebie. Kto rano wstaje temu Pan Bóg szybki darmowy internet w Lęborku daje. 

Wszystko tu odnowione i dość estetyczne. Zabytków jednak jak na lekarstwo. Miasto aluminium i szkła (no dobra, bardziej miasteczko). Starówka znacznie zniszczona w czasie wojny, na rynku kamienice o "współczesnych kształtach" uzupełnione "pierzeją" blokową. Z racji, że wszystko jest odnowione, takie widoki nie wpędzają w przygnębienie. 

Z lęborskiego rynku ruszyłem wzdłuż Kisewskiej Strugi do Łęczyc. Wsiadłem w SKM i po chwili byłem w starej stolicy Kaszub - Wejherowie (stolicą określał miasto Słownik geograficzny Królestwa Polskiego). W sumie po raz pierwszy korzystałem z tego cuda razem z rowerem. Spora frekwencja sprawiała pewien dyskomfort, ale komfort podjechania 22 km zwyciężył. Oszczędzony czas wykorzystałem na zwiedzanie kalwarii. 

Kaplica Spotkania z Matką ma w sobie sporo wdzięku, no  i położona jest w zasięgu roweru (tzn. bez konieczności wspinania się po schodach). Kalwarię fundował w poł. XVII w. wojewoda malborski Jakub Wejher tworząc jedno z najwybitniejszych dzieł tego typu w Polsce.

Na zdjęciu Kaplica Pierwszego Upadku Chrystusa i Kaplica Podjęcia Krzyża. Położenie kalwaryjskich kaplic jest ciekawe i przemyślane, ale nie dorównują one architektonicznie kaplicom Kalwarii Zebrzydowskiej. Miło mieć świadomość, że ta najcenniejsza Kalwaria jest na południu, tak blisko domu.

Z Wejherowa pierwotnie miałem - przebijając się przez Redę - zmierzać na Puck. Zmieniłem jednak plany i skorzystałem z eSKaeMki by podjechać do Gdyni-Orłowa i czym prędzej znaleźć się w Sopocie. Motywował mnie fakt, że na całych Żuławach nie ma ani skrawka ziemi nadajacego się na rozbicie namiotu.

Podziwiałem dość szczegółowo architekturę luksusowego nadmorskiego kurortu, jakim jest Sopot.

Podjechałem też pod sławne sopockie molo, rowerem tam wjechać nie wolno, pojechałem więc w stronę Gdańska. 

Znaki informowały o bezwzględnym pierwszeństwie pieszych, prowadziłem więc rower aż do miejsca gdzie rodziła się w bólach ścieżka rowerowa. Sopot jest miejscem dla rowerzystów bardzo nieprzyjaznym, ścieżka okazała się być zbudowana z szorstkiego bruku z wypustkami (powodującego liczne wstrząsy i celowo ograniczającego prędkość rowerzysty). 

Oczywiście zaczęły mnie prześladować burzowe chmury...

Jechałem cały czas traktem wzdłuż plaży. W chwili gdy minąłem na tym ciągu pieszo-rowerowym wielką, pełnowymiarową tablicę z nazwą miejscowości "Gdańsk" (taką jak na drogach, przed wjazdem do miasta) mój los się odmienił. Nawierzchnia stała się gładka, zniknęły "genialne" ograniczenia prędkości do 10 km/h (litości!). Trafiłem do najbardziej przyjaznego rowerzystom miasta w jakim byłem. Do Gdańska. 

Jedynie na samej starówce nie było wyznaczonych ciągów rowerowych, ale nie było też zakazów. Szerokie płyty były dla rowerzysty całkiem łaskawe, spodziewałem się też większych tłumów, utrudniających przemieszczanie się rowerem.

Ostatni raz byłem tu w 2007 roku, ale przejazd rowerem to coś innego. To tak jakby władować się kamperem do wnętrza świątyni (nawet jeśli rekonstruowanej).

Za każdym razem gdy oglądam gdańską starówkę czuję jednak podziw dla (od)budowniczych i wdzięczność dla tych co zdecydowali by podnieść centrum z morza cegieł i przywrócić je z grubsza do historycznej postaci (najbardziej zasłużony jest na tym polu Jan Zachwatowicz, Generalny Konserwator Zabytków w chwili gdy ważyły się losy odbudowy). Miasto tak istotne dla dziejów I Rzeczypospolitej i losów Pomorza, w pełni na to zasługiwało. Nie jest istotne, że nie wszędzie układ pięter z fasady kamienicy odpowiada wewnętrznemu rozplanowaniu. W zasadzie są to bloki o fasadach kamienic. Pomysł oryginalny, praktyczny, choć nieco kontrowersyjny. Każdy kto widział zdjęcia gdańskiego Głównego Miasta po przejściu nawałnicy wojennej przyzna, że pomysł o pozostawieniu morza ruin na wieczną przestrogę nie był pozbawiony racjonalności (zniszczenia śródmieścia na poziomie 95%, poważne pomysły stworzenia ze "strefy ruin" parku narodowego, wysokie koszty odbudowy "krąbrnego" miasta).

Gdy tylko opuściłem gdańskie śródmieście ponownie ułatwiła mi życie infrastruktura rowerowa. Skrzyżowanie dróg nr 89 i 501 wyglądało niczym bariera nie do przejścia dla rowerzysty, ale od czego są w Gdańsku podziemne przejazdy dla rowerzystów (!). Problemy zaczęły się gdy skończył się Gdańsk. Pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony - kierowca dostawczaka zatrzymał się przy mnie jakby czytając w moich myślach. Okazało się, że jeździ często na rowerze, a ponadto pracuje zaopatrując sklep z biedronką w miejscowości Stegna. Miałem Stegnę w planach 11 etapu, dowiedziałem się o rekordowych obrotach tamtejszego dyskontu (co okazało się być najprawdziwszą prawdą) i przy okazji upewniłem się, że dobrze jadę. Wizytę w Gdańsku muszę zatem uznać za wyjątkowo udaną.

Otoczenie bardzo się zmieniło, trafiłem na Żuławy i jakiś czas jechałem wzdłuż Martwej Wisły.

Jest w tych Żuławach coś magicznego, pomimo irytującej płaskości. Może to przez ciszę i spokój? Kolejny raz przyszło mi jechać rowerem przez Żuławy i ten spokój na dobrych asfaltach wprowadza w dobry, wręcz w znakomity nastrój. Nic to, że nie ma gdzie usiąść, wszędzie podmokłe łąki, kanały i pola. Nic to, że kilometrami nie ma gdzie iść za potrzebą (sprawdzałem) i utonąć można nawet na solidnej polnej drodze. Drzew tu jak na lekarstwo, na szczęście upału nie było.

W sympatycznej wsi o nazwie najsłuszniejszej z możliwych tj. w Żuławkach, podziwiałem malownicze domy podcieniowe.

W Stegnie zachwycałem się szachulcowym kościołem z XVII-XIX w., potem, aż do Sztutowa ścigałem się z jakąś 12-latką (wygrałem!).

Willa komendanta obozu tonęła w zieleni. Nasuwa się od razu przypuszczenie, jak bardzo musiał być zadowolony z życia, z pracy...

Dalej moją trasę wyznaczał przebieg Mierzei Wiślanej. Tutejsze lasy sosnowe mają bardzo bogaty podszyt i mieszany charakter, miejscami przechodzą wręcz w lasy liściaste (np. rezerwat Buki Mierzei Wiślanej). Wrażenia dla rowerzysty są bezcenne: można się dotlenić i z radością oczekiwać na tabliczkę "Krynica Morska".

Krynica jest formalnie jednym z najmniejszych miast Polski (w dodatku o absurdalnym zaludnieniu na poziomie 11 osób na km²), w sezonie nie mamy oczywiście najmniejszych szans by się o tym przekonać. Gwar jest typowy dla nadmorskiego kurortu.

Dopiero w okolicy latarni jest nieco spokojniej. Została ona zniszczona w 1945 r. o czym przypomina niejako usytuowany w pobliżu cmentarz żołnierzy radzieckich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W drodze powrotnej dopada mnie poważna wątpliwość "co z noclegiem"? Etap 11. kończę więc tuż przy drodze, na nieużytku, w towarzystwie piasku i młodych, znakomicie osłaniających sosenek, w granicach wsi Kąty Rybackie i ze świadomością, że moja przygoda z Żuławami będzie kontynuowana.

Zakończyłem szybko i asekuracyjnie, dlatego przejechałem tylko 150 km. Chciałem jednak przyjrzeć się dokładnie Elblągowi, no i objechać Zalew Wiślany mając widoki inne niż nocna czeluść :)

wtorek, 18 kwietnia 2017, stradovius

Polecane wpisy

Komentarze
2017/04/20 18:12:23
Świetne! Tereny znam nieźle, ale niestety nie z pozcji siodełka. Głównie dojazdówka autem a potem dreptanie z buta. Choć faktycznie żuławy dla perypatetyków mogą się skończyć silną depresją ;)