button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
Blog > Komentarze do wpisu
TdP 2.0 - dzień 8 - Deszczowy Szczecin

 Wstałem bardzo wcześnie bo czekał mnie wymagający i skomplikowany logistycznie odcinek. Planowałem przejechać ponownie przez skrawek RFN-u by łatwiej dostać się na pętlę warpieńską, następnie przez Police dotrzeć do centrum Szczecina. Zdążyć tamże na pociąg sunący w kierunku północnym by kolejną noc spędzać już w okolicach Kamienia Pomorskiego. 

 Dnia ósmego z rana, czyli przed godziną piątą, zwiedzałem już Gryfino (nic ciekawego), by wkrótce przekroczyć Odrę malowniczym mostem i odbyć 9-kilometrową podróż przez Niemcy.

Już na powrót w Polszcze. Kołbaskowo, ładny XIV-wieczny kościółek z brzydką, nowszą wieżą.

Ponownie po polskiej stronie czekała na mnie niespodzianka w postaci wzorowej ścieżki rowerowej (ewidentny wpływ zachodniego sąsiada), która niestety znikneła przed wsią Przecław. Następnym ważnym punktem była urocza onomastycznie wieś Dołuje oraz stojącą opłatami w euro Biedronka tuż przy granicy polsko-niemieckiej. Nie miałem zamiaru po raz kolejny wjeżdżać do Niemiec odbiłem więc w stronę Stolca i Nowego Warpna.

Kościół w Będargowie ma genezę XIII-wieczną, ale został gruntownie przebudowany w XVIII i XIX w. 

Zaskoczyła mnie kiepska soczystość zieleni tutejszych łąk. To Przecież Pomorze Zachodnie, kraina klimatycznej łagodności...

Nietknięty przez wojnę kościół w Buku (XIII-XVI w) urodą nie grzeszy, ale oryginalności odmówić mu nie można...

 Przez Puszczę Wkrzańską jechało się wyśmienicie. Asfalt dobry, pojazdów mechanicznych niemal brak (nie licząc wehikułów grzybiarzy na poboczach). Martwiło mnie tylko to co zawsze - coraz ciemniejszy odcień nieba. Ledwo dotarłem na opłotki Nowego Warpna rozpętał się najprawdziwszy sztorm. Nie było gdzie się schronić, nieliczne wiaty przystankowe zajęli piesi turyści a moja próba dalszej jazdy na płn-zachód, w kierunku uroczego centrum Nowego Warpna zakończyła się totalną klęską. Wiał tak niebywale silny wiatr przeciwny, wzmacniany tak potężną falą deszczu, że musiałem się poddać.

Oto wszystko co widziałem z Nowego Warpna: kościółek z 1793 r. na przedmieściu Karszno.

 Byłem dwa kilometry od celu i musiałem zawrócić! Przemoczyło mnie i tak do ostatniej suchej nitki, tyle tylko że byłem w stanie jechać - bo z wiatrem jechało się przyzwoicie. Nie piszę "wyśmienicie" bo droga każdorazowo w mijanych miejscowościach zamieniała się w sen pijanego brukarza. To nie były kocie, raczej krowie łby. Nie było w dodatku śladu pobocza, istny horror. Gdy minąłem wreszcie pierwszą niezajętą wiatę przystankową było już za późno - nie było czego ratować. Jechałem więc dalej. Te 20 km z Nowego Warpna do Uniemyśla było po prostu traumatycznym przeżyciem. Musiałem jechać w zacinającym deszczu, bo naglił mnie czas. Najbardziej bolał jednak fakt, że nie zobaczyłem tego cudownego ratusza w jednym z najmniejszych miast Polski...

Gdy na chwilę (tzn. przed Policami) wjechałem w tajemną strefę bez opadu postanowiłem udokumentować mojego prześladowcę - granitową kostę brukową (bo kostka to nie jest)

Kościół w Policach-Jasienicy gruntownie przebudowany w 1858 r. (po pożarze)

Najważniejszy zabytek Polic - gotycka kaplica

Gdy trafiłem do industrialnej części Polic smród chemicznych wyziewów był nie do wytrzymania, nawet dla mnie - chorzowianina.

Gdy wjeżdżałem do Szczecina towarzyszyły mi deszcz i brzydota...

 Jadąc niemal cały czas w deszczu popadłem w apatię. Stało się to tym łatwiej, że północne dzielnice Szczecina mają klimat cieszących się złą sławą dzielnic górnośląskich miast. Gdy dotarłem wreszcie - ciągle w deszczu - do centrum przypomniałem sobie o prawdziwych skarbach tego miasta - parkach. Łagodny klimat miasta spowodował, że co chwilę wpadałem w zachwyt nad kolejnymi wspaniałymi okazami i egzotycznymi gatunkami drzew o których w konurbacji katowickiej mógłbym tylko pomarzyć. Eksplorowałem szczegółowo niestety tylko Park Żeromskiego, sławniejszy dendrologicznie od niego Park Kasprowicza musiałem sobie podarować - w tym ciągłym deszczu nie miałem zamiaru przedzierać się do niego przez kolejne kałuże i skrzyżowania.

Wspaniały klon kolchidzki w Parku Żeromskiego zasługiwał na uwiecznienie. 

Miejscami szczecińska architektura mogła robić wrażenie, widomo, Szczecin słynie z gwiaździstego układu urbanistycznego przypominającego Paryż. Te uwagi dotyczą jednak części miasta o nazwie Centrum, tudzież Śródmieście. Bo określenie Stare Miasto na "starówke" jest mocno na wyrost. Taki Zamek Ksiażąt Pomorskich swoją dawkę bomb otrzymał jeszcze w 1944 r.

Zabytki budziły mieszane uczucia...

...ich wkomponowanie w miejską przestrzeń także!

Najczęstszym widokiem "Starego Miasta" był jednak rdzennie polski urbanistyczny bezsens powodujący estetyczny ból zębów. Szczecin okazał się - zgodnie z oczekiwaniami - miastem dla rowerzysty mało atrakcyjnym, pozbawionym praktycznie starówki. Z radością udałem się więc na dworzec Szczecin Główny by suchą stopą (tj. pociągiem) opuścić ten stary Piastowski Gród (nie umiałem się powstrzymać). 

Wysiadłem na tajemniczym przystanku Wysoka Kamieńska, skąd - ponownie w deszczu - najszybciej jak tylko umiałem przepedałowałem 22-kilometrowy odcinek do Kamienia Pomorskiego (najchętniej dojechałbym do samego Kamienia, ale pociąg odbijał na zachód, do Świnoujścia). Miasteczko w tej scenerii było posępne i brzydkie. Wojna uniosła do wieczności wiele z tutejszych budynków. 

W Kamieniu - bez wyjątku -  musiałem rozkoszować się znienawidzonym widokiem zabytków na środku blokowiska. Pierzeje rynku i ciągi zabudowy na pobliskich ulicach zdominowała wielka płyta.

Po zapoznaniu się z wątpliwej urody "starówką" czmychnąłem czym prędzej w las. Po drodze mogłem przekonać się, że uciekam we właściwą stronę. Armagedon nie sięgał poza Kamień co dawało nadzieję, że chociaż noc spędzę bez opadów.

 

Bociany spokojnie oczekiwały na ścianę deszczu we wsi Mokrawica, gdy pospiesznie zmykałem do boru sosnowego.

Na wschód od Kamienia, w pobliżu wsi Chomino przygarnęły mnie sosny. Nocleg w ich towarzystwie był przeciwieństwem dziennych doznań. Było mi sucho, bezstresowo i wygodnie. Zasłużyłem sobie na to po 168 km zmagań z deszczową aurą.  Całkiem zapomniałem o słonecznym poranku - 10 godzin deszczu znakomicie zmywa słoneczne wspomnienia z niedalekiej nawet przeszłości.

piątek, 17 marca 2017, stradovius

Polecane wpisy

Komentarze
2017/03/18 09:26:22
Te, za przeproszeniem, łby to nie jeszcze poniemieckie? Podobne traumatycznie pamiętam z jazdy samochodem DW 328 w okolicach Przemkowskiego Parku Krajobrazowego (GSV pokazuje, że w 2013 w okolicach Jakubowa Lubińskiego wciąż istniały).
A przesiadka w Wysokiej Kamieńskiej też jak świat stara :)
-
2017/03/18 10:22:53
Nie weryfikowałem ich niemieckości, ale jest bardzo prawdopodobna. W okolicach Gozdnicy na brukach były wielokrotnie daty "1937".
-
2017/03/18 19:10:48
zapraszam do Tarnowa, będziesz mógł przejechać się kawałek po CK bruku... przy nim ten pomorski wyda Ci się drobnym tłuczniem ;)

na temat "zabytek w nowoczesnej oprawie" zmilczę bo musiał bym kląć!

całość etapu budzi respekt z lekkim odcieniem zazdrości.

Niektóre kościółki urocze, lubię takie kamienne klimaty.

Klon mnie rozłożył, trąciłeś w bardzo czułą nutę.
-
2017/03/18 20:46:31
W Tarnowie dwukrotnie byłem rowerem i tak, przyznaję, bruki dały mi popalić. Inaczej się jednak odbiera bruk na starówce a inaczej taki rustykalny, na środku nigdzie :P

Nic nie wiem o Twojej pasji dendrologicznej...