button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Przedwiośnie w Łódzkiem

  Polskie "śródziemie" to obszar dawnych województw sieradzkiego i łęczyckiego. Areał ziem na pograniczu Wielkopolski, nie będących Wielkopolską, ale tym bardziej nie będących Mazowszem czy Małopolską. Takie spoiwo międzydzielnicowe. Dziś spora część zwie się województwem łódzkim. To właśnie tu wybrałem się na pierwszy rajd rowerowy w tym roku. 

 W zasadzie gęstość zaludnienia - jak na obszary nizinne w centrum kraju - jest tu niewielka (np. powiat piotrkowski - 64 os/km²). Zagęszczenie atrakcji turystycznych prezentuje się jeszcze mizerniej. W wielu tutejszych wioskach nigdy nie byłem i z tego względu postanowiłem tu wreszcie przybyć. Moja trasa wiodła z Częstochowy aż pod Łódź, niemal cały czas na północ, wiatr bowiem ma swoje prawa :)

  ​Podjechałem po raz trzeci w tym roku koleją (Skoczów, Sikorka) z rowerem. Nad ranem w Częstochowie zimno i delikatna zasłona z wysokich chmur, która będzie mi towarzyszyła aż do okolic południa. Nawierzchnie na drodze nr 483 przyzwoite aż do Bogumiłowic, ostatni odcinek do Chabielic już fatalny. Uratowało mnie trochę zjechanie do Stróży (gm. Rząśnia), gdzie szykował się odpust z okazji wspomnienia św. Kazimierza Królewicza (znaczy Jagiellończyka). Droga była tu lepszej jakości i mogłem zlustrować wnętrze, z czego skorzystałem. Stróża to maleńka parafia licząca niespełna 400 dusz. Kościół jest jednak odnowiony zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Otoczenie również jest zadbane.

  Objazd kopalni "Bełchatów" od zachodu robił raczej przygnębiające wrażenie. Skrót, który planowałem nie doszedł do skutku (zakaz wjazdu i szlaban - teren kopalni), musiałem więc zmagać się z silnym wiatrem w twarz (w Chabielicach). Następna nieprzyjemność zdarzyła się jeszcze zanim pożegnałem te nieszczęsne Chabielice - prosta jak od linijki droga okrążająca "wielką dziurę" od północy była w remoncie. Uskoki między różnymi warstwami asfaltu były spore, na szczęście w miejscu gdzie przechodziła w gruntową maź odbiłem na Osiny. Przez ponad 10 km nie spotkałem żadnego samochodu (najpierw zakaz wjazdu, potem łut szczęścia), przekroczyłem Widawkę i postanowiłem odwiedzić ładny dwór w Słupi (gm. Kluki). Obiekt pochodzi zaledwie z 1925 roku i pełni rolę restauracji-hotelu.

Moim następnym celem był urodziwy XVII-wieczny kościół drewniany w Kaszewicach. Z Kaszewic skierowałem się na Bełchatów.

  W chwili gdy pojawiły się zakazy jazdy dla rowerów musiałem poruszać się pustynnymi ścieżkami rowerowymi (na pustyni nieraz aż tyle piasku nie ma), które w chwili przecinania kolejnych skrzyżowań tajemniczo zanikały, a ruch był duży. Zaskakująco duży, bo do Bełchatowa była w zasadzie idylla. Gdy otarłem się już na "majowych" ulicach (1 i... 9 Maja) o rekordową liczbę aut (było tak wąsko, na chodnikach dużo pieszych) dostąpiłem zaszczytu zobaczenia "Gieksy Areny".

  Po ok. 3 kilometrach Bełchatów miałem w całości za sobą i nagle nastał spokój i dobre nawierzchnie Myszaków, Mzurków i Kobyłek (sympatyczne nazwy rodowe wsi). W lepszym nastroju zameldowałem się więc w Krzepczowie. Przy tutejszym dość oryginalnym kościele z 1750 r. zrobiłem sobie przerwę na drugie śniadanie. Licznik pokazywał ponad 109 km. Słoneczko było w pełnym rozkwicie. Na okolicznych polach rozśpiewały się skowronki, temperatura 16 stopni - wiosna!

  Dalsza trasa przebiegała niestety przez różnorodne asfalty nie uznające kompromisów: albo dramatyczne dziurawce, albo ideały (zazwyczaj te pierwsze). ​W Górkach Dużych zwiedzałem kapitalne grodzisko stożkowe otoczone równie kapitalnie zachowaną fosą. O tym obiekcie znaleźć można sprzeczne informacje, a to że były prowadzone badania archeologiczne, a to że nie były i  w sumie jest to pozostałość po XVI-wiecznym obronnym dworze. Jakkolwiek by nie było, stan zachowania fosy, jej głębokość i szerokość robią wrażenie.

W Tuszynie poszukiwałem śladów dawnej zabudowy. Znalazłem nawet dwa rynki. Stary przekształcony w skwer, rozległy, z nieciekawą zabudową (z lukami),

 oraz nowy,  w sumie niewielki trójkątny plac z ratuszem i kościołem parafialnym z XIX w. Tuszyn był ongiś miastem królewskim.

  Finalny etap wiódł do głównego celu dnia - Rzgowa. Rzgów odzyskał prawa miejskie w 2006 roku a ja chciałem uczcić 550-rocznicę pierwotnego nadania praw miejskich. Okazało się jednak, że w tekście który czytałem była literówka... Zamiast w 1467 r. Rzgów uzyskał miejskość w 1476 roku, no i nic nie wyszło ze świętowania rocznicy. Przed Rzgowem ujrzałem mało atrakcyjne łódzkie blokowiska.

  Rzgowski rynek jest rozległy a płyta bardzo zadbana (park im. Mickiewicza), podobnie jak postmodernistyczny ratusz obłożony estetyczną okładziną. Jedynym znaczącym zabytkiem jest późnorenesansowy ceglany kościół, niestety nieciekawie otynkowany. Przyziemie wieży jest otwarte i po rozsunięciu kotary możemy delektować się przez kratę wnętrzem świątyni. Uwagę zwracają sklepienia pokryte sztukateriami typu lubelskiego oraz jednolite stylowo wyposażenie, pochodzące w całości z XVIII wieku.

Jak na dawne miasto duchowne przystało, Rzgów nie musi wstydzić się świątyni.

Sam Rzgów sporo zainwestował w rynek i ratusz, co ma pewnie związek z Antonim Ptakiem, jednym z najbogatszych Polaków i twórcą centrum targowego "Ptak" (o wszystkich przyczynach jego /nie/sławy nie będę się tutaj rozwodził). Ze Rzgowa czekał mnie już tylko planowany odwrót taktyczny do linii kolejowej. Teren był pofałdowany, no i po raz pierwszy na tak długim odcinku jechałem pod wiatr.

Zmierzch dopadł mnie w Czarnocinie, nieopodal XIX-wiecznego kościoła. Stąd miałem już tylko kilka kilometrów do przystanku kolejowego Wolbórka (nazwa od nazwy rzeczki, bo położony jest na granicy gmin Czarnocin i Będków).

Z Częstochowy wyjechałem z 20-minutowym opóźnieniem spowodowanym przez niedoszłego samobójcę w Dąbrowie Górniczej. Skład podstawiany w Częstochowie okazał się zaczynać bieg w Wiśle by stamtąd przez Częstochowę zmierzać do Gliwic...

Te wczesnomarcowe 167 km na rowerze miały dać odpowiedź na pytanie o kondycję. Niby nawet się nie zmęczyłem (jazda głównie z wiatrem), żadnych problemów nie miałem z nogami, nie czułem też bólu pleców, nadgarstków etc. Przez cały dzień czułem się świetnie. Skończyło się jednak jak zawsze o tej porze roku - poważnymi problemami z zatokami. Zaczynający się weekend (na szczęście zimny i wilgotny) będę zatem podziwiać zza szyby.

piątek, 10 marca 2017, stradovius

Polecane wpisy

Komentarze
2017/03/11 16:58:07
Jak zwykle fajne zdjęcia i interesujące opisy. Ja nie lubię zimna, toteż jeżdżę zazwyczaj jak jest już naprawdę ciepło. Nawet +30 stopni mi nie przeszkadza. A zimą - totalny zastój. Pozdrawiam
-
2017/03/11 17:45:46
Robi wrażenie! Faktyczni kilometraż duży, a zabytków i ciekawostek jakby mniej. Ale i tak warto się było z Tobą na ten wyjazd wybrać.