button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
Blog > Komentarze do wpisu
David Byrne i jego "Dzienniki rowerowe"

Na początku roku korzystając z chwili luzu, z braku laku, wypożyczyłem w bibliotece Dzienniki rowerowe. Autor tychże - David Byrne - lider grupy Talking Heads, nie znalazł się nigdy w sferze moich zainteresowań. Zdecydował zatem nie jego dorobek muzyczny a tytuł książki. Nie spodziewałem się niczego szczególnie ciekawego. To miała być lektura do poduszki, bo cenniejszych pozycji nie udało mi się wypożyczyć. Książka przeleżała na półce 2 tygodnie i chyba tylko zbliżający się nieuchronnie termin zwrotu skłonił mnie do naruszenia jej nietykalności.

Każdy lubi się pozytywnie rozczarować. Byrne okazuje się człowiekiem o szerokich horyzontach i niezwykłej pasji poznawania otoczenia. Autor książki ma swoje poglądy, także polityczne, których nie ukrywa. Potrafi jednak od czasu do czasu zdobyć się na całkowicie obiektywną refleksję, na własne niezwykle celne spostrzeżenie. Mnóstwo razy się z nim nie zgadzałem i równie często zgadzałem. Tytuł książki jest bardzo mylący, skala i kaliber poruszanych tematów robią wrażenie. Od wolności mediów po prostytucję, od zagrożeń dla istnienia planety po rozmyślania na temat kasku rowerowego (W kasku generalnie każdy wygląda jak głupek). 

Wspaniałe jest to z jakim pietyzmem przeprowadza nas autor po zaułkach wielkich miast. Bo nasz narrator jeździ na rowerze wyłącznie w miastach, w wielkich miastach. Interesuje się wszystkim: ludźmi, architekturą, przyrodą, pejzażem, polityką, kulturą, ekonomią, historią. Potrafi zachwycić się niewielkim detalem czy gestem. Nie wstydzi się swoich braków kondycyjnych, podkreśla wręcz, że cierpienie na podjazdach nie jest jego powołaniem. Swoją opowieść zaczyna od wyjaśnienia, że zaczął podróżować po mieście rowerem (konkretnie, po Nowym Jorku w końcu lat 70) nie dla oryginalności, nie ze względów ekologicznych czy ekonomicznych, nawet nie z potrzeby zaznania ruchu a wyłącznie z pobudek praktycznych - dla oszczędności czasu. Przyznaje, że rower stał się dla niego panoramicznym oknem na świat, który ogląda nieco ponad poziomem oczu przeciętnego śmiertelnika. Rower jest jedynym środkiem transportu w mieście,który daje użytkownikowi poczucie wolności. Oglądanie świata z perspektywy siodełka, tak blisko przechodniów, sprzedawców i witryn, czyli korzystanie ze środka lokomocji, który pozwala w pewnym sensie czuć się częścią życia rozgrywającego się wokół, to doprawdy czysta przyjemność. 

Byrne przekonał mnie do siebie wrażliwością. Jak np. wtedy gdy opisuje scenę z psami do których podbiega mniejszy ale agresywny pies-włóczęga. Długo prowokuje, psy reagują na jego zaczepki dopiero po pewnym czasie. Celem ich ataku nie jest jednak zrobienie mu krzywdy, tylko swoiste wskazanie miejsca w hierarchii. Akcja dyscyplinująca przebiega bez użycia zębów, wystarcza groźba i jednolity front stada. W tej samej dzielnicy tego samego miasta ludzie rzadko postępują tak łogodnie względem intruzów...

Refleksje autora bywają kapitalne, np. gdy uzasadnia jak ważna dla miasta jest nawet najbardziej trywialna architektura pisze, że chodzi o opowieść zawartą w nadprożach i parapetach, gdy wyśmiewa modę na przejażdzki rowerzystów po mieście w pełnym rynsztunku zauważa, że zmiana stroju ogłasza: "teraz robię to! Dzisiaj jestem kolarzem". Z nabożną niemal czcią zachwyca się małymi rodzinnymi firmami które produkują genialne w swoim koncepcie - a powszechnie niedoceniane - przyrządy np. do usuwania gniazd nasiennych z jabłek. Wspaniale opowiada o swoich perypetiach z przemycaniem składanego roweru do hotelowych pokoi. Byrne zwraca uwagę nie tylko na szczegóły, z prawdziwą pasją publicysty stawia pytania i diagnozy. Właściwie dlaczego wszystko w mieście podporządkowane jest samochodom? Przecież podróż samochodem przez miasto jest wyjątkowo nieefektywna. Szybsze jest metro i rower. Ciekawe jest twierdzenie, że chodnik to apogeum demokracji bo służy wszystkim... 

W USA niewyobrażalnie wielkie pieniądze utopiono w sieć autostrad, które miały ułatwiać dojazd do pracy w mieście, tymczasem dziś służą głównie omijaniu miast, wywiązują się zresztą kiepsko z tej roli bo nie ważne ile mają pasów ruchu, w godzinie szczytu zawsze są zakorkowane... Dalsza rozbudowa sieci autostrad nie udrożni ruchu, bo na drogi wyjadą kolejne samochody. Hasło głoszące, że więcej dróg szybkiego ruchu oznacza mniejsze natężenie ruchu i szybsze przemieszczanie się jest błędne w założeniu. W rzeczywistości jest na odwrót. Bo oddanie do użytku każdej nowej autostrady skłania kolejnych ludzi do singielskich wypraw samochodowych, co bardzo szybko zakorkowuje nowe arterie. W pełni zgadzam się z Byrne'm że to obieg zamknięty i droga donikąd. Budowa nowych dróg to najgłupszy pomysł na rozładowanie korków!

Idea oddzielenia miejsca pracy w biurowcu od miejsca zamieszkania na przedmieściu (domek z ogródkiem) nieuchronnie sprawia, że i tu, i tam brak życia.  

Dużo jest w książce o przeroście przedmieść tak widocznym w USA, o słynnej ucieczce białych z centrów miast, tragiźmie takiego połowicznego mieszkania w mieście/poza miastem. Okrutne są smagania amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, który wspierany hojnie przez państwo autostradami nie potrafił produkować samochodów konkurencyjnych wobec marek europejskich czy japońskich. Kapitalizm amerykański porównuje autor do komunizmu radzieckiego. Nie tylko komunizm jak widać hamował inicjatywę i nie odpowiadał na realne potrzeby ludzi. Chciwość i krótkowzroczność zarządów doprowadziła wielkie amerykańskie koncerny do zastoju technologicznego i na skraj przepaści. 

Świetnie opisuje proces zanikania sieci lokalnych dróg wraz z rozwojem sieci autostrad. Taka brutalna melioracja, osuszenie mniejszych cieków drogowych, jakiej dokonują autostrady jest wyjątkowo trafną diagnozą. Stają się też barierami nie do pokonania, w wymiarze lokalnym zamiast łączyć oddzielają. Sam wiele razy nadziałem się na rowerze na takie pocięte stare trakty, które niczemu już nie służą a przez wieki łączyły lokalne społeczności. Niemcy jako kraj sprawiają w całości wrażenie starannego zaprogramowania krajobrazu. Nie ma miesca na odrobinę ekspresji czy spontanicznego chaosu.

W całej książce wiele miejsca zajmują spotkania z artystami i architekturą, które autor traktuje jako formę poznania myśli innego człowieka. Przekonuje próba wyjaśnienia różnic w mentalności między Europejczykami a Amerykanami: wielu mieszkańców Ameryki Północnej ma poczucie, że cały świat należy ujarzmić i wytresować, Europejczycy zaś, którzy z grubsza osiągnęli ów stan u siebie, czują potrzebę, aby raczej chronić i pielęgnować, niż brać za twarz.  

David nie stroni od zwiedzania muzeów, od tego charakterystycznego wsiąkania w tkankę miasta w którym przebywa. Mnóstwo czasu spędza w klubach, galeriach, na wystawach, festiwalach by za chwilę przystanąć z zainteresowaniem nad przysłowiowym wróbelkiem bo z wysokości roweru, czyli nieco ponad poziomem wzroku pieszego i kierowcy samochodu, doskonale widać, co się dzieje wokół

To była ciekawa podróż i pouczająca lektura. Najpiękniejszy kwiat wyrasta na (miejskiej) pustyni, niczym rowerzysta w gąszczu rur wydechowych... 

czwartek, 28 stycznia 2016, stradovius

Polecane wpisy

Komentarze
2016/02/05 21:51:17
czuję się nader zachęcony! książkę tę widziałem w księgarniach - rok? dwa? (trzy???) temu i mnie zainteresowała, ale potem oczywiście zapomniałem o niej.

Byrne jest autorem kilku dziwnych płyt solowych, niektóre znakomite, np. ścieżka do filmu Young Adam.
Talking Heads to inna bajka, ale nie zna życia, kto nie widział choreografii D. B. w teledysku do "Once in a Lifetime".